List w sprawie mobbingu na UJ

List w sprawie mobbingu na UJ

Jestem doktorem chemii. Obroniłem pracę doktorską na Wydziale Chemii UJ pod kierunkiem prof. dr hab. Jana Najbara w Zespole Badań Fotochemicznych i Luminescencyjnych w 1998 roku. Mam w swoim dorobku naukowym publikacje w wielu dobrych czasopismach zagranicznych o wysokim impact factorze. Brałem udział w wielu konferencjach krajowych i zagranicznych. Podczas studiów doktoranckich w latach 1994 – 1995 przebywałem w Perugii jako stypendysta Rządu Włoskiego. Jestem laureatem Stypendium Krajowego Fundacji na rzecz Nauki Polskiej dla Młodych Naukowców w roku 2000 za wybitne osiągnięcia naukowe.

Po doktoracie mój promotor na Wydziale Chemii UJ nie miał dla mnie etatu i załatwił mi wyjazd do USA. Nie zdecydowałem się. Nie wyobrażałem sobie wyjazdu na stałe za granicę, ponieważ tutaj w Polsce założyłem rodzinę. Znalazłem jednak przypadkowo pracę na Wydziale Biologii Molekularnej UJ położonym wtedy jeszcze przy Alei Mickiewicza (obecnie Wydział Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii UJ, ul. Gronostajowa 7).

W Zakładzie Fizjologii i Biologii Rozwoju Roślin potrzebowano kogoś po doktoracie do zajęć dydaktycznych. Był to zakład zamknięty, odizolowany drzwiami z jednej i z drugiej strony, skłócony z innymi zakładami Wydziału, z post PRL-owskim szefem (Kierownik Zakładu dr hab. Jan Białczyk był sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR w UJ w latach siedemdziesiątych, a także działa po dziś dzień w ZNP).

W momencie mojego przyjścia do pracy Zakład nie posiadał praktycznie żadnej porządnej aparatury i nie prowadził właściwie żadnych badań naukowych. Pisano jedynie prace przeglądowe. Na zebraniach Zakładu dr hab. Jan Białczyk roztaczał wizje wielkich badań, szerokiej współpracy, a w rzeczywistości siedziały tam aż 4 panie techniczne, które „pracowały” po 4 godziny dziennie (przychodziły po 9.00 rano, a wychodziły koło 13.30 i zamykały mi na klucz laboratorium, w ten sposób robiąc mi na złość i utrudniając mi pracę), dzień w dzień plotkowały, popijały kawę i jadły ciastka. Z byle okazji odbywały się w Zakładzie huczne całodniowe „imprezy” zakrapiane alkoholem.

Oskarżali mnie, że nie chciałem uczestniczyć w tych „imprezach”, pożytkując ten czas na konkretną pracę. Przed „imprezami” panie techniczne piekły dla dr hab. Jana Białczyka torty i ciasta, na zawołanie parzyły mu kawę i herbatę, a także biegały po zakupy do pobliskiego supermarketu.

Poza „imprezami” dr hab. Jana Białczyka tak naprawdę prawie nigdy w pracy nie było, bo był radnym w Radzie Miasta Krakowa z ramienia SLD. Człowiek ten kandydował też, o zgrozo, do Sejmu. Identyczne zajęcia dydaktyczne prowadził inny zakład, czyli Zakład w którym mnie zatrudniono praktycznie nie miał racji bytu, ale dziwnym trafem jednak istniał na skutek układów, jakie miał dr hab. Jan Białczyk, mimo że nie miał on praktycznie żadnych poważniejszych osiągnięć naukowych, co więcej, moim skromnym zdaniem do pracy na uczelni się zwyczajnie nie nadawał.

Ilekroć próbowałem z innymi pracownikami Zakładu rozmawiać na tematy naukowe, w odpowiedzi robili „wielkie oczy”, zastanawiając się, czego ja właściwie chcę. Dr hab. Jan Białczyk traktował ludzi z góry, uwielbiał okazywać władzę i poniżać innych. Ponieważ przyszedłem z miejsca, w którym się naprawdę pracowało i był bardzo wysoki poziom naukowy, postanowiłem zabrać się do roboty. Najpierw chciałem zlecić paniom technicznym wykonanie pewnych prac, ale spotkałem się z wrogością. Panie obraziły się. Stwierdziły, że nie mogę im nic zlecać i doniosły wszystko szefowi („Jasiu, bo ten pan ……”).

Od tej pory zaczęło się kręcenie afer przeciwko mnie przy papierosku podpalanym pod dygestorium. Brylowała w tym pani inż. Anna Wachowska. Panie zatrzaskiwały mi przed nosem drzwi, opowiadały o mnie niestworzone rzeczy, niezgodne z prawdą, a dr hab. Jan Białczyk święcie w nie wierzył i wygłaszał to wszystko na zebraniach Zakładu, gdzie byłem publicznie upokarzany. Wyraźnie czerpał przyjemność z psychicznego znęcania się nad ludźmi.

Ja, jako człowiek ambitny i idealista, pracując we wrogim otoczeniu, praktycznie w całkowitym odosobnieniu, zamknięty w swoim pokoju, zagłębiałem się w literaturę narzuconej mi przez Zakład tematyki badawczej i napisałem w tej dziedzinie kilka cenionych w innych ośrodkach zajmujących się tą tematyką prac przeglądowych. Co więcej, dostawałem przez trzy lata niewielkie pieniądze z UJ na moją problematykę badawczą (tzw. „badania własne”), które wystarczyły mi na zakup najniezbędniejszych materiałów i odczynników.

Przy tak niezwykle skromnym budżecie i braku jakiejkolwiek aparatury, pracując samotnie, byłem w stanie zrobić eksperymenty i opublikować kolejne trzy prace eksperymentalne w dobrych zagranicznych czasopismach. Dążyłem do zakupu potrzebnej do badań aparatury i cel osiągnąłem. A więc działałem przecież na korzyść Zakładu, bo pisałem dobre publikacje i zakupiłem niezbędną aparaturę. Zgromadziłem literaturę naukową oraz opracowałem metody badawcze, które są wykorzystywane w Zakładzie po dziś dzień.

Uważam, że mój wkład pracy z Zakładzie jest ogromny. Jednak został zatrudniony przez dr hab. Jana Białczyka „świeżo upieczony” doktor, dr Dariusz Dziga, z sąsiedniego zakładu, któremu dr hab. Jan Białczyk natychmiast przypisał wszystkie moje osiągnięcia naukowe, umieszczał jego zamiast mnie w komunikatach konferencyjnych, tak jakbym w ogóle nie istniał. Mimo moich niepodważalnych osiągnięć w pracy naukowej byłem systematycznie przez dr hab. Jana Białczyka psychicznie dręczony.

Mówił on na zebraniach Zakładu, że chodzę w śmierdzących niespranych ubraniach i że w moim pokoju śmierdzi. Atakował mnie, że pluję do zlewu, zamykam się w swoim pokoju i „przetwarzam jakieś mądrości”, podczas gdy powinienem zachowywać się zupełnie odmiennie, tzn. otwierać drzwi, pryskać się dezodorantami i nosić krawat. Głosił na zebraniach swoje szczytne cele, że „zawziął się i chce dotrwać do emerytury, a wy możecie sobie nie dotrwać, to jest już nie moja sprawa”.

Groził mi, że odsunie mnie od zajęć dydaktycznych, bo jestem nerwowy oraz że napisze mi negatywną opinię. W końcu „zdiagnozował”, że jestem chory psychicznie i do żadnej pracy się nie nadaję, no, ewentualnie w magazynie za pudłami, żeby mnie nikt nie widział. Kazał mi natychmiast pójść na zwolnienia, a potem na rentę i żebym już pod żadnym pozorem do pracy nie wracał. Mówił, że będę miał dobrze, bo co miesiąc listonosz będzie pukał do drzwi i przynosił mi pieniądze. Stwierdził, że w przeciwnym razie, jak nie zdecyduję się pójść na rentę, da mi negatywną opinię, ponieważ według niego nie mam żadnych osiągnięć naukowych (Czyli, innymi słowy, twierdził, że „czarne jest białe”!).

Doprowadzony do krańca psychicznej wytrzymałości niestety posłuchałem go, faktycznie poszedłem na zwolnienia, a potem sam zwolniłem się z UJ za porozumieniem stron w 2004 roku. Na moje miejsce został przyjęty syn profesora z sąsiedniego zakładu, co wykazuje wysoki nepotyzm środowiska. Chciałem tutaj z całą mocą stwierdzić, że zwolniłem się tylko i wyłącznie na skutek powyżej opisanych prześladowań, które doświadczałem w miejscu pracy. Świadczy o tym fakt, że do tej pory nie jestem w stanie znaleźć pracy.

Ja rozumiem taką nieumiejętność jako uszczerbek na moim zdrowiu psychicznym, ponieważ pamiętam wszystko to, co doświadczałem i obawiam się, że gdy podjąłbym jakąś pracę, spotkałbym się z podobnym prześladowaniem.

Uważam, że prześladowania ze strony dr hab. Jana Białczyka odcisnęły niezmazywane piętno na mojej psychice. Teraz zajmuję się domem i rodziną i nigdzie nie pracuję. Zakład Fizjologii i Biologii Rozwoju Roślin dalej istnieje. Ten człowiek, który mnie prześladował, dalej bezkarnie pracuje i jest już, o zgrozo, profesorem. A ja poniosłem konsekwencje tego, że miałem osiągnięcia i chciałem pracować, podczas gdy inni w tym Zakładzie chcieli tylko pracę pozorować i sprawiać dobre wrażenie. Niestety byłem inny niż środowisko, co zaowocowało mobbingiem.

Niniejszą publikacją chciałbym napiętnować wysoką degenerację środowiska, w którym pracowałem. Podkreślam, że piszę „całą prawdę i tylko prawdę”. Zdaję sobie sprawę, jak wielu jest w Polsce „wyklętych” doktorów wyrzuconych przez chory system i będących w podobnej sytuacji, którzy jednak nie ujawniają swoich osobistych dramatów. Uważam, że wszyscy powinniśmy solidarnie działać w kierunku przywrócenia normalności na polskich uczelniach, ukarania sprawców prześladowań oraz zadośćuczynienia pokrzywdzonym. Uważam, że osobiste dramaty osób usuniętych z uczelni należy nagłaśniać i rozpowszechniać. Szczególnie liczę na to, że wkrótce sytuacja na polskich uczelniach się odmieni, bo przecież post PRL-owskie kadry nie będą w stanie dalej stawiać czoła coraz większym wyzwaniom współczesności i wtedy takie osoby jak ja zostaną zrehabilitowane.

Piotr Gajdek

Mobbing wybitnego profesora

  mobbing lektura

Mobbing wybitnego profesora

(na podstawie –  

Estreicher Karol – Dziennik wypadków 

tom V 1973-77 ) 

r.1973

Potem, po 15 VIII, był Kraków. Tu na Uniwersytecie stosunki są przykre, rządy profesora Mieczysława Karasia są złośliwe i głupie. Klimaszewski był gangsterem w rękawiczkach, Karaś bez rękawiczek. Klimaszewski niszczył jak mógł jagiellońską tradycję Uniwersytetu, Karaś robi to samo. Jeden na słodko — niczym fryzjer, dru­gi jak ciemny cham. Rządzą w tej chwili na Uniwersytecie partyjne figury, aparatczyki, tajniaki z Bezpieczeństwa poubierani w togi profesorskie. Przyzwoici profesorowie są na uboczu.

Moje osobiste położenie jest bardzo ciężkie. Za dwa lata emerytura — nie będę mógł nadal rządzić Muzeum. Nie o to idzie! Kto będzie po mnie? Co będzie z Mu­zeum?

W Instytucie Historii Sztuki rządy profesora Mieczysława Porębskiego — bardzo trudne, nieprzyjemne, niekoleżeńskie. Intrygi, plotki, jakieś kwasy, zawiści. Sufluje to Porębskiemu profesor Lech Kalinowski. Jestem odsunięty od wszystkiego. Porębski nie zwołuje zebrań Instytutu, do czego jest zobowiązany. Niełatwy jest los profesora przed emeryturą.

r.1974

Funkcję Muzeum UJ, jego zadania i powodzenie przewidziałem, a nawet chciałem, chciałem aby Uniwersytet Jagielloński miał reprezentacyjne wnętrza, które służyłyby Rektorowi, Senatowi i profesorom. Nie przewidziałem — gdy Collegium Maius weszło już w codzienny użytek — nie przewidziałem jednak jednego. Nie przewidziałem, że bę­dę miał do czynienia nie z szlachetnymi, pozytywnymi charakterami moich kolegów, ale z ich złą, ujemną, niemądra stroną.

Nie przewidziałem, że system wałki klasowej wprowadzony przez socjalizm jest w sta­nie w takim stopniu wyzwolić próżność, zawiść i złośliwości profesorów i rektorów. Wszy­scy rektorzy od czasów Marchlewskiego (1956) — Grodziński, Grzybowski, Lepszy, KJimaszewski, Karaś — wszyscy potrzebowali i używali Collegium Maius i wszystkich po­nosiła zawiść, że ja jestem tam zarządcą. Wszystkim zdawało się, że oni też potrafią od­nowić, urządzić, przyjmować i reprezentować. Wszyscy rektorzy bali się, że chcę poprzez

Collegium Maius i Muzeum UJ zrobić karierę. Wszyscy rektorzy rzucali mi kamienie pod nogi, obrażali mnie lub prowokowali. Grodziński był niezbyt mądry, byt człowiekiem niewielkiej kultury. Lepszy zazdrościł, bo wspinał się do góry, Stefan Grzybowski był chciwy nie tylko zaszczytów, ale i dochodów. Klimaszewski postanowił przypodobać się komunizmowi umniejszając Uniwersytet, Karaś zaś łaknie zaszczytów i ma brutalny spo­sób zachowania się.

Ten kto kiedyś będzie czytał te zapiski zapyta: czy tak było naprawdę, czy to nie jakaś gorycz, jakaś zawiedziona ambicja, czy nie jakaś nerwica lub skleroza przemawia z tej krytyki rektorów?

Nic podobnego! Wiem i znam życie, wiem, że każdy z nas ma wady, słabości, upadki. Nie o to idzie!

Mianowanie rektorów przez Ministerstwo i Partię i przez „doradców radzieckich” (w Krakowie konsul ZSRR) sprawia, że rektorzy Uniwersytetu tracą głowę i charakter natychmiast po objęciu urzędu magnificencji. Dochody, ułatwienia życiowe –to wszystko na tle biedy codziennego życia bardzo szybko, prawie natychmiast po miano­waniu (2-3 miesiące) przewraca rektorom w głowach. Budzi się u nich tym większa żą­dza zaszczytów im silniej czują się zależni od biurokracji socjalistycznej i rosyjskich doradców. Chcą się wyżyć w powodzeniu i w chwale uważając je za trwały sukces.

Są dobierani pod tym kątem przez rządzących, tj. przez KW i KC Partii. Przesiewani są przez doradców z ambasady. Mianując Klimaszewski ego (po śmierci Lepszego w 1964 roku) Gomułka starannie wziął pod uwagę nie jego nacjonalistyczną przeszłość, nie jego zalety i umiejętności reprezentacyjne, ale jego uległy, służebny charakter, Wziął pod uwagę fakt, że Klimaszewski będzie deklamował o Uniwersytecie Jagielloń­skim, a w istocie będzie go zwolna, z lekka zmieniał w uczelnię na poziomie szkół tech­nicznych, zawodowych i prowincjonalnych. To samo i tak samo Karaś.

Collegium Maius jest rektorom UJ potrzebne do osobistych sukcesów i reprezentacji. Czuję się winnym, że wprowadziłem do Collegium zwyczaj i uroczystości, ale gdybym tego nie zrobił w latach 60-tych — nie dałbym sobie rady.

Na tle użytkowania Muzeum ustawicznie dochodzi do ataków przeciw mnie. Moim kolegom zdaje się, że każdy z nich potrafiłby urządzić i prowadzić Muzeum. Ustały ata­ki i dokuczania z lat pięćdziesiątych (że zadaniem UJ nie jest tworzenie Muzeum — Grodziński, Kleniensiewicz). Nieszlachetne, a bardzo szkodliwe ataki z lat sześćdziesią­tych (że wszystko w Muzeum jest falsyfikatem — Bochnak, Szablowski, Kalinowski), a rozpoczęły się ataki ze strony Karasia, że rządzę autorytatywnie (to prawda), że nie umiem współżyć z kolegami, że uważam Muzeum za mój folwark („wytępimy Estreicherów z Uniwersytetu Jagiellońskiego”)….

Moje kłopoty z Collegium Maius i rektorami UJ

Otoczenie — moi współpracownicy, przyjaciele — nieraz dziwią się, dlaczego tak zażarcie, niemal zazdrośnie walczę o Collegium Maius. Niemal każdą inicjatywę prze­cinam, ustawiani, wykłócam się, z reguły robię trudności, gdy ktoś przychodzi z mia­sta czy z Warszawy, aby w ten czy inny sposób użytkować sale Collegium lub sale muzealne. …

Profesorowie, a zwłaszcza rektorzy (bez większej kultury plastycznej, tacy jak ostatnio Klimaszewski i Karaś) mają zachcianki urzą­dzania gabinetów, sal konferencyjnych dziełami sztuki. Wyciągają, żądają, a jeżeli im odmówić, to nadąsani mszczą się. Kiedy w 1960 roku odmówiłem Stefanowi Grzybowskiemu kupna jakiś bezwartościowych skrzypiec, które jego żona chciała sprze­dać — mścił się na mnie przez dwa lata. Rektorzy mianowańcy (z Warszawy, przez partię) mają tendencję by mścić się, jeśli się sprzeciwić ich zachciankom na polu za­bytków i urządzania wnętrz. Nadto każdy z nich uważa (im gorzej z wykształceniem, tym bardziej), że jest znawcą sztuki, że zna się na urządzaniu wnętrz, etc… Dygnita­rzy rektorskich, takich jak Mieczysław Klimaszewski często buntują paniusie rekto-rowe. Zazdrosne o urządzanie wnętrz krytykują przed mężami, podsuwają im ambitne pomysły, a oni, przy pomocy podległych urzędników administracyjnych pró­bują rządzić. Próbują tak i w Collegium Maius, które —jak uważają —jest dla nich przeznaczone, im przypisane, jak toga rektorska jest przypisana do ich reprezenta­cyjnego użytku. Takie poglądy roztaczały przed mężami panie rektorowe: Lepszyna (zm. 1972), Klimaszewska, a teraz pani Karasiowa. Oczywiście domyślam się tego, dochodzą mnie pewne plotki, spostrzegam pewne szczegóły — i to mi wystarcza. Do­dać do tego trzeba zazdrosnych kolegów jak Szablowskiego, Bochnaka (dawniej), Porębskiego (obecnie). Jeżeli dodać służalczych urzędników i dyrektorów admini­stracyjnych, to jest to komplet osobistości chcących rządzić Collegium Maius i Mu­zeum UJ, podszeptujących rektorom, że to oni powinni rządzić Muzeum UJ, bo jest ono dla nich przeznaczone.

Sami rektorzy bardzo prędko tracą głowę. Klimaszewski — kiedyś uprzejmy i grzeczny, jak tylko został członkiem Rady Państwa i wiceprzewodniczącym, nabrał manier królewskich. Przez osiem lat kazał się na Uniwersytecie czcić wszystkim ko­legom, a najchętniej, aby to oddawanie hołdów i deklamacji odbywało się na tle Collegium Maius.

Od dwóch lat jest Karaś. Z małego działacza partyjnego, bardzo ludowego milicjan­ta w latach 1944 i 1945 — polonisty, językoznawcy bez prac naukowych, został miano­wany rektorem UJ i partyjnym dygnitarzem. Wylazły z niego najgorsze cechy partyzanckich obyczajów z przed lat. Jako rektor, podobnie jak Klimaszewski, Colle­gium Maius uważa za odskocznię dla dalszej polityczno-partyjnej kariery.

Do tych ambitnych celów ma służyć Collegium Maius. Karaś wydaje rozkazy podle­głym sobie urzędnikom, a ci z kolei rozkazują mnie myśląc, że się ugnę!…

r.1975

Grudzień

l grudnia poniedziałek

Dziś w południe spadł na mnie potworny cios. Pismo rektora Karasia z zawiadomie­niem, że dnia 11 mianuje prof. M. Porębskiego, dyrektora Instytutu Historii Sztuki, kie­rownikiem — przewodniczącym komisji inwentaryzacyjnej Muzeum UJ. Bez porozumienia się ze mną! Bez uprzedzenia mnie! Przecież to ja to Muzeum stworzy­łem! I nagle jestem zaskoczony w sposób wprost prowokacyjny!

Liczyłem się z tego rodzaju możliwościami, ale —jak to bywa — nie przypuszczałem, że tak nagle, tak zaskakująco zostanie to dokonane.

Muszę (pierwsza moja reakcja!) ratować wszystkie moje rzeczy, które w Muzeum przechowywałem. Moje osobiste depozyty.

Wywiozłem już bezcenną bibliotekę Estreicherowską oraz archiwum. Teraz czas na przedmioty.

Jestem podniecony. Nie wiem co robić! Przede wszystkim muszę liczyć się z przegra­ną i będąc wyrzucanym z Muzeum, które przecież stworzyłem, ratować rzeczy Estreicherowskie. 

Jego Magnificencja Rektor” Karaś

Na jesieni 1975 roku rozpoczęła się żmudna wojna podjazdowa skierowana przeciw­ko mnie. Oparcie i zachętę daje „rektor” Mieczysław Karaś.

Czeka mnie bardzo trudny rok. Muszą wyjaśnić się pewne sprawy, a zwłaszcza na­stępstwo po mnie. Instytut Historii Sztuki, a w nim Porębski i Kalinowski chcą opano­wać Muzeum. Znają jego nieprzebrane skarby, a zawiść o nie zalewa im jakiekolwiek obiektywne spojrzenie. Owa nienawiść, to wszystko posiew działań Adama Bochnaka, który udając przyjaciela tępił mnie przez cale życie poprzez rozsiewanie uwłaczających plotek lub (jakże byłem naiwny) stwarzając szkodzące mi sytuacje. Obecnie moi kole­dzy z Instytutu Historii Sztuki rozszerzają, te same i nowe, plotki i nieprawdziwe wia­domości. Kłamią i oczerniają jak tylko mogą. Kalinowski ucharakteryzowany na arcykapłana nauki, Porębski na wieszcza, ich asystenci (niejaka Klementyna Żurowska, Ostrowski, Małkiewicz, Gadomski, Krakowski, bibliotekarka Żychiewiczowa, wreszcie fotograf-pijaczyna Władysław Gomuła) śledzą co się dzieje w Muzeum i donoszą swym pryncypałom. Z boku — niby do niczego się nie mieszając — trzyma się Jerzy Szablowski, prof. hist. sztuki i członek Akademii Nauk bez prac naukowych, a w rzeczywistości urzędnik małego formatu, kustosz zbiorów na Wawelu.

Wszystkim tym osobom Muzeum UJ przeszkadza. Stworzyłem je z niczego, a fakt je­go powstania wyrwał im monopol z rąk i pokazał, że wszystko można zorganizować w sposób realny i szybki, a nie celebrując i udając, że coś się robi. Teraz znaleźli opar­cie w Mieczysławie Karasiu.

9 grudnia wtorek

Seminarium.

Telefon z teatru Bagatela.

Po południu mam wykład. Po wykładzie dostałem arogancki telefon od sekretarki Podstawowej Organizacji Partyjnej UJ, że w Collegium Maius pali się i dymi. Przypad­kowo byłem w Collegium. Wszędzie cisza i spokój. Śladu dymu. Na ulicy św. Anny stoją dwie strażackie motopompy (daleko od Collegium), ponieważ w kamienicy pod nr 3 czy 5 dymiły się sadze w kominie. Na tej to podstawie dostaję aroganckie telefony, że dzieje się to w Collegium Maius i to ja jestem za to odpowiedzialny! Stwierdziłem, że wszystko jest w porządku i odtelefonowałem do I sekretarza POP-u UJ — Pawlicy, że ktoś sobie z niego żartuje. Ale to nie były żarty!

10 grudnia środa

Wczorajszy awanturniczy telefon od Pawlicy (dygnitarza! I sekretarza Podstawowej Komórki Partyjnej) był prowokacją. Szło o to, aby na posiedzeniu tej jadowitej komór­ki władzy, móc powiedzieć coś złego o mnie — dyrektorze Muzeum UJ. Mniejsza o to czy to prawda, czy nie — rzekomy pożar… wymyślono...

Gdybym nie miał szczęścia i nie było mnie przypadkiem w Muzeum, nazywałoby się, że jest ono niestrzeżone, że należy z tym zrobić porządek… etc. Idzie o to, aby na rok przed moją emeryturą stworzyć atmosferę mojej winy... Choćby przy pomocy drobnych kalumnii... Za wszystkim stoi rektor Mieczysław Karaś, a dopomagają mu różni służal­czy koledzy. Główne intrygi snuje Kalinowski.

7 września 1976

Kilka razy w życiu traciłem warsztat pracy. Najgorsze uderzenie przeżyłem w 1939 ro­ku, gdy papiery i książki przyszło mi porzucić i ruszyć za granicę.

Nigdy już nie zdołałem uporządkować papierów. Listów, książek. Znaczną ich część odzyskałem po wojnie, w 1946 roku.

W 1945 roku straciłem całe Biuro Rewindykacyjne w Londynie. U Ewy, mej siostry, leżą na strychu moje papiery, listy, dokumenty, zebrane w latach wojny 1939-45. Potem w 1947 przyszła wyprowadzka z Sobieskiego. Książki po ojcu umieściłem w Bibliotece Jagiellońskiej. W 1962 roku dyrektor Baumgart kazał mi się usunąć z Biblioteki wraz z całym Archiwum Estreicherów. W gmachu Biblioteki nie był w stanie dać mi żadne­go kąta, bym mógł pracować nad Bibliografią. Z Akademii Nauk usunięto warsztat Bi­bliografii Polskiej. Miałem tam swoją pracownię.

Teraz odchodzę z Collegium Maius i znowu tracę oparcie dla pracy naukowej i mej działalności, które tam posiadałem.

Emerytura i (praktycznie mówiąc) „usunięcie mnie” z dyrektury Muzeum UJ pomi­jając wszelkie moralne aspekty, uderzyło we mnie, bo zburzono mi warsztat naukowy….

Gdyby Uni­wersytet był dla mnie życzliwszy, gdyby koledzy moi, rektorzy, Senat odnosili się do mnie z większym uznaniem, nie przeszkadzali mi działać, nie obrzucali mnie inwekty­wami, byłbym to wszystko, po uporządkowaniu, oddał Muzeum UJ i Bibliotece Jagiel­lońskiej. Takie były moje zamysły w 1946 roku. Teraz stoję przed koniecznością dalszego zabezpieczenia owych rzeczy. Nie wiem jeszcze dokładnie, co zrobię, ale zrobię wszyst­ko by spuścizny Estreicherów nie zmarnować.

15 września środa

Traktowanie odchodzącego na emeryturę profesora jest po prostu straszne. Nie ma przykrości ze strony kolegów, której by nie stosowano.

Cały rok, aż do wakacji urządzono • dzięki nagonce kwestora Bunscha — inwentary­zację, która w gruncie rzeczy nie była niczym innym jak prześladowaniem mnie. Koledzy profesorowie: Porębski, Kalinowski, docent Klementyna Żurowska (niemądra, na pozio­mie „bony do dzieci” lub damy klasowej), asystenci Gadomski, Małkiewicz, Ostrowski — robili dociekliwą inspekcje, co Muzeum posiada i jak to wszystko jest zapisane. Oczywi­ście tą nerwówkę urządzono, aby obrzydzić mnie życie. Prowokowano zajścia.

Dziś dotarłem do rektora Karasia. Nie chce nic powiedzieć, ani naradzić się ze mną co ma być z Muzeum i co z Bibliografią Polską — mojego autorstwa.

Zachowuję spokój, udaję że się nie denerwuję — ale w rzeczywistości przechodzę bardzo ciężkie nerwy.

Karaś czeka na moją emeryturę z UJ na pierwszego października i dopiero wtedy za­cznie wydawać decyzje.

We wrześniu 1976 roku zawezwał mnie dziekan Kulczykowski, najbliższy współpracow­nik M. Karasia. Tzw. Mały Senat UJ uchwalił tę odprawę. Równocześnie na wniosek Mie­czysława Karasia podjęto uchwałę całkowitego usunięcia mnie z UJ. W myśl zasady: „Wytępimy Estreicherów na Uniwersytecie Jagiellońskim”. Podjął się wykonania tej uchwały niejaki Sylwester Wójcik (prorektor UJ), osobistość na poziomie posterunkowe­go w mieście powiatowym. Rozpoczęła się seria nagonek, prześladowań, szykan i preten­sji. Wójcik wraz z Kulczykowskim buntowali przeciw mnie współpracowników (zwłaszcza M. Zakrzewską). Ostrowski ostrzegł mnie, że jestem wysoce podejrzany o kradzież srebra.

. Zakrzewska donosiła prof. Mieczysławowi Porębskiemu o nieporządkach w Muzeum. Karaś wrzeszczał na mnie żądając abym wysłał (jako wypożyczenie) obrazy z Muzeum UJ do polskiego konsulatu w Chicago. Szykanom nie było końca. Wójcik odebrał mi klucze, zezwolił na przychodzenie do Muzeum, ale po każdorazowym meldowa­niu się u niego. Nie przyznano mi żadnej nagrody. Zapowiedziano, że dyrektorem będzie prof. Kalinowski, który zapowiedział daleko idące zmiany w urządzeniu wnętrza.

Nie było upokorzenia, szykany, oskarżenia, którego bym nie przeżył. Broniłem się i wreszcie trafiłem na prof. Werblana, a ten jako wysoko partyjny zwrócił się do Partii w Krakowie i wreszcie zwrócono uwagę, że Estreicher jest przez Karasia prześladowa­ny. Karaś się przeląkł, zwłaszcza że przytoczono mu jego własne powiedzenie o wytg: pieniu Estreicherów w Uniwersytecie Jagiellońskim.,,,

W tej atmosferze bardzo przeszkadzałem. Za wiele widziałem i wiedziałem, tak że trzeba mnie było z placówki Muzeum UJ usunąć. Obrazić, oskarżyć, sprowokować do jakiegoś zajścia… Oto tło sprawy.

Na złe — tylko na złe

Po co mi było, w 1945 roku, wracać do Polski, do Krakowa? Tyle kłopotów i przykro­ści, które w PRL, w ciągu trzydziestu lat przeżyłem, a które spisywałem tu zaledwo w połowie, nie zawsze mając ochotę umieszczać w Dzienniku te niekończące się swary, awantury, ataki i obrony. Po co stworzyłem Muzeum UJ, a stworzyłem je przecie z ni­czego!? Aby być nieuznanym, obrzucanym rozmaitego rodzaju inwektywami i kłamstwami. Aby utopić mój czas i majątek w Uniwersytecie, gdzie nie spotkało mnie nic do­brego. Gdzie Wydział i moi koledzy skrzywdzili mnie przed laty, głosując przeciwko mej profesurze zwyczajnej? Za co? Po co?

Trzymajmy głowę wysoko mimo klęsk i nieuznania. Jedyne co mi zostało to godność osobista. Tej nie mogę pozwolić naruszyć różnym Bochnakom, Drobnerom, Kalinowskim, Karasiom, Lepszym, Szablowskim (wielu z nich jest już R.I.P.) To najważniejsze. Ale to wszystko ciężko, bardzo ciężko przychodzi.

20 września poniedziałek

Nie jestem w stanie pisać Dziennika. Mam wstręt do tego co dzieje się wokół mnie. Całymi dniami zamykam się w domu i tłumaczę Żywoty Yasarego.

Ofensywa inwektyw ze strony Instytutu Historii Sztuki wciąż trwa. Porębski instru­owany przez Kalinowskiego chodzi do rektora Karasia i (choć mnie nie zna) wypowia­da o mojej działalności rozmaite ujemne sądy. Przenikają do mnie rozmaite wiadomości — a ile nie przenika?! Głównym informatorem jest Kalinowski, a Szablowski ze swą sztuczną powagą potwierdza wszystko co mówią o mnie złego.

Przypomina mi się, z przed lat, jakaś „czarna środa” w Instytucie Historii Sztuki — posiedzenie wielogodzinne pod prezydencją Lepszego, gdzie moi koledzy: Bochnak, Kalinowski, Szablowski, Dobrowolski przez pięć godzin „radzili” co robić z Muzeum UJ. Rzucano inwektywy. Sprawiało to wyraźną przyjemność Tadeuszowi Dobrowolskiemu i Bochnakowi. Postanowiono, że muszę odejść z Muzeum.

r.1977

28 czerwca wtorek

O Mieczysławie Karasiu, mianowanym rektorze Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Mieczysław Karaś konsekwentnie przeprowadza program tępienia mej osoby w Uni­wersytecie Jagiellońskim.

Jest to osobnik chory, nieopanowany, niebywale brutalny. Nie zna granic dla upustu swej złości — a w złość wpada zawsze i wszędzie, wystarczy, że w tym dniu gorzej widzi, lub spotyka go jakaś przykrość. Nienawidzi. Pomiata wszystkimi, którzy są od niego za­leżni. Wyraża się to terrorem i besztaniem, groźbami i złośliwością. Wyrażane jest to głośno, przy wszystkich, nawet przy uczniach, nie mówiąc już o asystentach czy perso­nelu administracyjnym Uniwersytetu.

Karol Estreicher jr.  w Wikipedii

(4 marca 190629 kwietnia 1984) – jeden z najwybitniejszych polskich historyków sztuki XX wieku.

 

AKADEMICKI KODEKS WARTOŚCI

AKADEMICKI KODEKS WARTOŚCI
przyjęty na posiedzeniu Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego w dniu 25 czerwca 2003 r.
PREAMBUŁA
Nauka i szkolnictwo wyższe przechodzą w Polsce proces głębokiej przebudowy. Nie ustępują zjawiska kryzysowe, towarzyszące transformacji ustrojowej i gospodarczej państwa. Zmienia się struktura i warunki funkcjonowania uczelni. Obok szkół państwowych rozrosło się szkolnictwo prywatne, a obok studiów bezpłatnych – różne formy wysokopłatnych usług oświatowych. Współpraca i bezpośrednia rywalizacja z uczelniami zagranicznymi stawia nieznane przedtem wyzwania. Naukowcy, zwłaszcza profesorowie, podejmują pracę na kilku etatach, na czym może ucierpieć działalność macierzystych placówek, a także poziom badań naukowych. Nie wszyscy potrafią oprzeć się pokusie występowania w dziedzinach lub działaniach pozorujących naukę (w polityce, w sterowanych ekspertyzach na zamówienia firm, a także w szerzeniu paranaukowych poglądów w mediach). Narasta przede wszystkim ilość niekorzystnych zjawisk w sferze świadomości uczonych, w motywacji ich aktywności i postawach etycznych. W obliczu narastających zagrożeń, konieczne staje się jasne i jednoznaczne przypomnienie podstawowych wartości obyczajowych i etycznych, które, ukształtowane przez wielowiekową tradycję, tworzyły autorytet nauki, wyrażając siłę moralną akademickiego świata oraz sens posłannictwa uczonych w promocji etycznych i obywatelskich cnót. Wartości, zasad i norm jest wiele, wystarczającym wydaje się jednak zabiegiem wskazanie ich kanonu w syntetycznym skrócie, obejmującym powinności najbardziej podstawowe, reprezentujące pośrednio wszystkie pozostałe.
1. PRAWDA
Służba prawdzie jest podstawowym obowiązkiem uczonego. Chodzi zarówno o odkrywanie prawdy oraz formułowanie prawdziwych sądów i teorii, jak o głoszenie i wychowywanie w jej duchu młodzieży akademickiej. Obowiązek wobec prawdy to zarazem poszukiwanie nowych, oryginalnych, wciąż lepszych rozwiązań, to promocja inwencji i autentycznej twórczości. Przeciwieństwem prawdy jest nie tylko jawny fałsz, ale wszelkie półprawdy, mniemania i zwykłe przesądy, drapujące się w szaty rzekomej pewności, a wyrażające ideologiczne założenia oraz koniunkturalne oczekiwania, zgodne ze złożonym zamówieniem spoza nauki. Służebność prawdzie winna też kierować sumieniem naukowym w ocenie wszystkich prac i przedsięwzięć badawczych – ponad podziałami środowiskowymi, układami koleżeńskimi oraz wszelkimi pozanaukowymi uczuciami i sympatiami osobistymi, narodowymi i światopoglądowymi. Stosunek do prawdy winien też stać się kryterium osobistej postawy wobec własnych dokonań. Stała, odważna i uczciwa weryfikacja musi stać powyżej ambicji, mód i rangi przeszłych sukcesów. Prawda jest wartością autoteliczną – sama, będąc celem nauki, nie może być wykorzystywana jako środek do innych celów, zwłaszcza z odrzuceniem etycznej zasady bezinteresowności jej zdobywania.
2. ODPOWIEDZIALNOŚĆ
2
Odpowiedzialność dotyczy własnego warsztatu naukowego, całej dyscypliny oraz instytucji i środowiska, które się współtworzy. Jest też odpowiedzialnością za wychowanie kolejnych generacji oraz za wykorzystanie autorytetu uczonego poza uczelnią i strukturą nauki, w tym również w zakresie aplikacji wyników nauki w praktyce. Dotyczy to wszystkich dyscyplin, ale zwłaszcza tych, które na danym szczeblu rozwoju wiedzy dokonują przełomowych odkryć, formułując koncepcje prowadzące do radykalnych zmian w ludzkim życiu, ale też stwarzając największe potencjalnie niebezpieczeństwo różnych skutków ubocznych. Odpowiedzialność oznacza również pełne i aktywne uczestnictwo we wszystkich formach życia akademickiego, tak w zakresie podejmowanych funkcji, pracy dydaktycznej, jak i obrony dobrze pojętych interesów własnej placówki w ramach konkurencji z innymi. Niechęć do współodpowiedzialnej, solidnej pracy na rzecz macierzystej uczelni, lekceważenie podjętych obowiązków, a w szczególności bezpośrednie lub pośrednie działanie na jej szkodę – stanowi wykroczenie nie tylko w rozumieniu prawnym, ale podważenie uświęconych tradycją zasad formujących wspólnotę uczonych oraz naruszenie dobrych obyczajów akademickich.
3. ŻYCZLIWOŚĆ
Nauka i życie akademickie to długi łańcuch dziejowy przejmowania efektów pracy naszych poprzedników, tworzenia wiedzy oraz przekazywania jej kolejnym generacjom w duchu solenności poznawczej i edukacyjnej, nade wszystko jednak w atmosferze najwyższej życzliwości wobec następców, zwłaszcza najmłodszych – studentów i adeptów nauki. Powinnością każdego mistrza jest wychowanie innych mistrzów oraz poświęcenie się jak najszerszemu, solidnemu i jasnemu przekazowi całej posiadanej wiedzy słuchaczom wykładów i czytelnikom publikacji. Życzliwość to także bezpośrednia opieka nad rozwijającymi się umysłami, pomoc w budzeniu zainteresowań, dyskretne, ale owocne, kierowanie pierwszymi, samodzielnymi krokami seminarzystów, magistrantów i doktorantów. To również tworzenie atmosfery dobrej roboty, wyzwalającej energię i entuzjazm wszystkich uczestników życia akademickiego, wolnej natomiast od małostkowości, zniechęcającego krytykanctwa, rywalizacyjnego pośpiechu i pozoracji merytorycznej działalności. Szczególnie ważne przejawy zasady życzliwości dotyczą sfery egzaminów i zaliczeń, niestety, nie zawsze wolnej od przypadków bezduszności, złośliwości, a nawet szykan. Są i muszą być one obecne również w dziedzinie awansów naukowych i innych formach środowiskowej aprobaty. Życzliwa, konstruktywna, pełna wzajemnego zaufania atmosfera twórczej synergii wyzwala wielkie moce ludzkiej aktywności, nie tylko dopingując do zwielokrotnionych wysiłków, lecz i wyzwalając pełną radość z sukcesów badawczych i dydaktycznych – własnych i cudzych.
4. SPRAWIEDLIWOŚĆ
Szkoła wyższa to zarazem wyższa szkoła sprawiedliwości, praktycznej nauki jej rozpoznawania, definiowania, stosowania oraz respektu wobec jej zasad Sprawiedliwe powinny być, oczywiście, oceny w indeksach i na dyplomach, odzwierciedlające obiektywny stan wiedzy studentów, a nie tylko wyroki łaskawego losu lub subiektywną przychylność egzaminatora (co gorsza, czasem wywoływaną czynnikami ubocznymi, w tym wysoce nagannymi moralnie, jak korupcja, nepotyzm, molestowanie seksualne, płatne korepetycje u wykładowców itp.). Sprawiedliwa winna być ocena przyznająca wybranym szanse dalszego rozwoju naukowego lub otwierająca wrota do szybkiej, pozaakademickiej kariery.
3
Sprawiedliwego stosunku wymaga merytoryczna i etyczna wycena pracy innych, zwłaszcza w odniesieniu do konkursów, awansów, dotacji i nagród oraz w tworzeniu formalnych hierarchii w strukturze instytucji naukowych. Regułom sprawiedliwości trzeba też podporządkować obszar podejmowanych – oby równomiernie – obowiązków, tak, by nie stawały się nadmiernym ciężarem dla jednych, nieuzasadnionych zaś przywilejów dla innych – zazwyczaj korzystających z tych nierówności, by podejmować dodatkowe zajęcia poza macierzystą uczelnią. Sprawiedliwości również żąda nauka i edukacja jako cała, zorganizowana instytucja służby publicznej, zwłaszcza w aspekcie jej uwarunkowań ekonomicznych, gdzie na czoło wysuwa się przede wszystkim słuszne żądanie sprawiedliwej, godziwej w skali kraju i adekwatnej do zasług w skali uczelni, płacy za pracę.
5. RZETELNOŚĆ
Nauka to domena nadzwyczajnej solidności, precyzji, rzetelnego stosunku do faktów, do osiągnięć poprzedników oraz do języka, w którym buduje się teorie i w którym przekazuje się wiedzę.
Prace naukowe i wykłady akademickie nie muszą stronić od żywych, atrakcyjnych barw i osobistych, emocjonalnych komentarzy, ale nie wolno im nigdy poświęcić zasady rzetelności dla ubocznego efektu: dla polemicznego sukcesu, dla oryginalności za wszelką cenę, dla wygody głoszenia niedostatecznie przygotowanych tez i chwilowych satysfakcji autorów niepoprawnych rozumowań. Nie mogą być terenem inwazji stylistyk pozanaukowych, służebnych wobec doraźnych potrzeb i mniemań potocznych, opinii większości, oraz oczekiwań zgłaszanych przez rozmaite wpływowe gremia, zwłaszcza decyzyjne. Wymogi rzetelności kształtują pożądaną biegłość i metodologiczną solidność warsztatową, wykroczenia w tej dziedzinie podważają natomiast zaufanie, jakim powinna i musi cieszyć się nauka – najbardziej wiarygodny drogowskaz dla wiedzy i postaw ludzkich. Rzetelność wymaga zawsze nadzwyczajnej, najbardziej drobiazgowej skrupulatności faktograficznej i bezwzględnej ścisłości logicznej. Wymaga też zdolności do krytycyzmu i autokrytycyzmu, aż do trudno osiągalnych granic osobowościowego ideału moralnego, obejmującego umiejętność przyznania się do błędu, wielkoduszność wobec oponentów, jak również – gdy trzeba – odwagę odstąpienia od niesłusznych, nieuzasadnionych poglądów.
6. TOLERANCJA
Historię wiedzy wypełniają nie tylko poznawcze sukcesy, zazwyczaj dodawane do poprzednich w linearnym procesie prostej kumulacji kolejnych teorii. Do jej dziejowego sensu należą też próby nieudane, niepełne i przynoszące niepewne rozstrzygnięcia, często ważne jednak i pouczające, bo przekreślające niektóre możliwości i falsyfikujące pochopnie przyjmowane koncepcje. Żaden okres, żadna szkoła, żadna metoda ani żaden najświatlejszy umysł nie zamykają sobą procesu dziejów nauki, toteż mądrość poznawcza wymaga zarówno ostrożności, jak i przede wszystkim uznania rangi odmienności, jej zrozumienia i wartościującej aprobaty, czyli tolerancji. Tolerancja – to uważne wsłuchiwanie się w opinie innych, nawet w te przeciwstawne ogólnie obowiązującym, zwłaszcza naszym, osobistym. To otwieranie się na inne kultury i odmienne koncepcje, nawet te jawnie niezgodne z naszymi naukowymi i potocznymi ujęciami. To odrzucenie reguł dyskryminacyjnego podziału ludzi – studentów i młodzieży naukowej – wedle ich cech narodowych, rasowych, politycznych czy światopoglądowych. To także uznanie prymatu chłodnego rozumu nad emocjami i żądanie od
4
całej wspólnoty akademickiej respektowania wymogu postawy racjonalnej i tolerancyjnej jako etycznie aprobowanej w nowoczesnym społeczeństwie, zwłaszcza w intelektualnych elitach.
7. LOJALNOŚĆ
Każda oparta na zdrowych zasadach zbiorowość, wymaga od swych członków wzajemnego poszanowania, współdziałania i solidarności, a od poszczególnych jednostek i grup respektowania zasad lojalności wobec całej struktury. Wspólnota akademicka stwarza warunki do rozwijania własnych, niepowtarzalnych talentów jednostkowych i doskonalenia cnót osobistych. Jednocześnie pozwala rozkwitnąć w pełni społecznemu, braterskiemu życiu uczelni, której dobre imię staje się w konsekwencji znakiem całej wspólnoty, a zarazem symbolem szacunku dla każdego pracownika i studenta z osobna, bo i na niego wówczas spływa splendor Almae Matris. Lojalność wobec macierzystej wspólnoty akademickiej objawiać się winna zarówno na co dzień, jak i w chwilach szczególnych, wymagających odwagi, poświęcenia i samozaparcia, odsunięcia zaś na bok prywaty i oportunizmu. Lojalność objawia się zarówno w pracowniczej dyscyplinie i wspomaganiu demokratycznie obranej zwierzchności, jak i w solidarności wobec kolegów, studentów i wszystkich członków społeczności akademickiej, służeniu pomocą we wspólnych przedsięwzięciach, przede wszystkim w budowaniu prestiżu uczelni i jej członków. Wykroczeniem przeciwko zasadzie lojalności są działania wymierzone bezpośrednio i pośrednio w powagę i autorytet uczelni, szkodzenie jej interesom, w szczególności zaś angażowanie się w takie przedsięwzięcia, których intencją bądź obiektywnym skutkiem jest osłabianie pozycji i pomyślności uczelni jako całości i jej struktur oraz szkodzenie kolegom i ich dobremu imieniu.
8. SAMODZIELNOŚĆ
Twórczość naukowa to proces dwóch równoległych, przeplatających się ciągów działań: z jednej strony, wykorzystywania i przetwarzania dorobku poprzedników i współczesnych, z drugiej zaś, samodzielnego dodawania efektów własnych badań, samodzielnie przygotowanych, przeprowadzonych i opracowanych. Wyraża się ona przede wszystkim w publikacjach, które nadają ostateczną formę dokonanym odkryciom, ujawniając oryginalny charakter indywidualności danego uczonego, specyfikę jego warsztatu i języka lub też prezentując specjalny styl działalności autentycznych kolektywów badawczych. Jakiekolwiek uchybienie zasadzie samodzielności stanowi pogwałcenie fundamentalnych reguł i idei posłannictwa nauki, musi tedy być uznane za szczególnie godną potępienia postawę etyczną członka społeczności akademickiej, zarazem też stanowiąc ciężkie naruszenie prawa. Dotyczy to przede wszystkim jawnych plagiatów, czyli kradzieży cudzych owoców pracy, ale także innych, bardziej wyrafinowanych form żerowania na dorobku innych, w postaci kryptoplagiatów (posługiwania się cudzymi myślami, pomysłami i kategoriami bez podania źródeł) oraz bezceremonialnego dopisywania się do rezultatów cudzej pracy lub sugerowania wyższego od faktycznego stopnia udziału współautorskiego, a także autoplagiatów (wielokrotnego sprzedawania tych samych produktów). Jednoznacznej dezaprobaty moralnej wymaga także proceder handlowania pracami naukowymi i innymi opracowaniami, występowanie zarówno w charakterze faktycznych ich wykonawców i sprzedawców, jak i nabywców czyli rzekomych autorów. Konsekwencją takich oszukańczych praktyk jest zdobywanie niezasłużonych awansów na studiach, dyplomów, tytułów, cenzusów zawodowych, licencji i innych wyłudzanych dóbr bez samodzielnych
5
zasług beneficjentów, a także – w szerszym wymiarze społecznym – tworzenie chaosu edukacyjnego, dewaluacja ogółu dyplomów i publikacji oraz ogólny, skrajnie relatywistyczny permisywizm moralny. Podkreślić trzeba z naciskiem, iż te same normy winny obowiązywać profesorów, co i oszukujących studentów, z tym, że ci pierwsi muszą bezdyskusyjnie i niezmiennie w ciągu całej kariery nauczyciela akademickiego świecić osobistym przykładem młodszym kolegom oraz całej studiującej młodzieży.
9. UCZCIWOŚĆ
Zasada uczciwości jest jedną z najbardziej podstawowych i powszechnych reguł etycznych, obowiązujących wszystkich ludzi bez wyjątku, w rozmaitych sytuacjach, na różnych stanowiskach i w obliczu różnorodnych przeciwności. Uczciwość dotyczy stosunku do innych ludzi, do spraw publicznych każdego możliwego zasięgu i poziomu osobistej odpowiedzialności, a w obrębie samej działalności naukowej i dydaktycznej – przede wszystkim stosowania jasnych i jednoznacznych kryteriów warsztatowych i wartościujących. Uczciwy naukowiec jest solidny w swojej pracy, gdy nie poddaje się presji szybkiej i głośnej, acz wątpliwej sławy, ale zawsze wspiera moc wniosków ze swych badań odpowiednimi, nieraz długo i żmudnie zdobywanymi, argumentami. Uczciwy naukowiec odkrywa w pełni tajniki swego warsztatu, nie pozwalając sobie na żaden kamuflaż, sekretne założenia i ezoteryczny język przekazu, wzmacniający pozór pewności dla głoszonych tez. Uczciwy uczony, nawet najwyższej rangi, umie określić – po sokratejsku – granice swej wiedzy i niewiedzy, nie udając przed nikim, także przed sobą, iż posiadł więcej mądrości, niż było to naprawdę możliwe, nadto chroniąc się przed pokusą formułowania sądów, opinii, a nawet pseudoteorii na terenie problematyki, w której w ogóle nie jest specjalistą. Uczciwy wykładowca akademicki winien przekazywać studentom wiedzę opartą o najnowsze dokonania światowej nauki, w tym także o własne, osobiste współuczestnictwo w procesie rozwoju swej dyscypliny, unikając roli nieakademickiego przekaźnika wiadomości z drugiej ręki, tylko z cudzych prac, w efekcie zręcznego kompilatorstwa. Ten zestaw wymogów dotyczy zarówno aktywności wewnątrzuczelnianej, częściowo kontrolowanej przez mechanizmy instytucjonalne i opinię słuchaczy, jak i coraz intensywniejszego uczestnictwa w występach na zewnątrz, w charakterze ekspertów oraz – co staje się plagą życia publicznego – medialnych znawców i opiniodawców spraw dowolnych. Uczciwość dotyczy również oczywistego postulatu skierowanego do młodzieży, mianowicie, wezwania do solidnego, poważnego i dogłębnego studiowania obranej dziedziny oraz stałego odnawiania i poszerzania wiedzy, także po formalnym zakończeniu edukacji.
10. GODNOŚĆ
W zasadzie godności skupiają się niemal wszystkie inne wartości, przekształcone jednak w podmiotowe ich odniesienie do samego siebie, żądające zarazem respektowania danej, mojej, podmiotowości przez innych. Godność uruchamia wewnętrzną siłę, która nie pozwala człowiekowi odstąpić od własnych przekonań, ideałów etycznych i zaufania do rozumu ani poddać się łatwo naciskom, pokusie wygody, żądzy zaszczytów i nagród. Każdy człowiek ma prawo do ochrony i szacunku dla swej godności, niezależnie od wszelkich zróżnicowań, sprzyjających sztucznym, konwencjonalnym podziałom wedle rozmaitego szczebla dostępu do czci i honoru swej osoby. Dotyczy to także świata uczonych, których specyficzne usytuowanie społeczne polega jednak na tym, iż muszą sami dbać o swą godność, zwłaszcza w sytuacjach, które wymagają cywilnej odwagi, niezależności sądu
6
i mocnego charakteru. Godność nauki zależna jest bowiem nie tylko od obiektywnej wartości poznawczej teorii, ale od twardej, bezkompromisowej postawy godnościowej samych naukowców, wobec polityki lub zniewalającej siły pieniądza, choć również wobec samych siebie – kolegów i rywali zarazem. Równocześnie, zarówno cała, zhierarchizowana nauka, jak i struktury uczelni wyższych stwarzają szereg wewnętrznych niebezpieczeństw w tym zakresie, a tym samym specjalny obowiązek dbałości o równy dostęp do ochrony godności przez wszystkich członków wspólnoty. Godność nie jest przywilejem żadnej, wybranej grupy społecznej, środowiska lub pozycji. Równe do niej prawo posiada wielki i sławny profesor, ale też skromny asystent i student. We wspólnocie akademickiej należy dbać o godność nie tylko pracownika naukowego, ale i sekretarki, bibliotekarza, magazyniera i sprzątaczki. Naruszenie każdej i czyjejkolwiek godności jest czynem moralnie odstręczającym, staje się sygnałem głębszego schorzenia etycznego w środowisku lub niskiej moralnej klasy poszczególnych osób, nie usprawiedliwionych bynajmniej z powodu innych, akademickich walorów.
11. WOLNOŚĆ NAUKI – WOLNOŚĆ UCZONYCH
Wartości etyczne rodzą się, obowiązują i ukazują pełnię swego bogactwa w społecznościach ludzi wolnych. Wolność jest warunkiem wyboru wartości, ich poszukiwania i kreacji. Niezbędna jest zatem podmiotowa wolność uczonych, którzy postępując wedle swego rozumu, doświadczenia i indywidualnego sumienia, mogą w pełni rozwinąć swe talenty odkrywcze i zdolność do obrony przed presją negatywnych czynników zewnętrznych lub samoparaliżem wewnętrznego zniewolenia. Wolność jest zarazem szansą i źródłem energii dla całej struktury nauki, w której tylko swoboda badań, dyskusji i głoszenia poglądów przynosi korzystne rezultaty, zaś jakiekolwiek jej ograniczanie rodzi stagnację i uwiąd twórczej myśli. Potrzebna jest wreszcie wolność nauki jako całej dziedziny, zanurzonej zawsze w realny świat innych sfer życia w skali kraju i globu, zawdzięczającej wszak swą żywotność przede wszystkim udzielonemu jej zaufaniu i gwarancjom względnej samodzielności i niezależności. Powinnością całej wspólnoty naukowej musi stać się tedy pilna dbałość o urzeczywistnianie wolności w każdym wymiarze, w tym także w jej bezpośredniej afirmacji w codziennej praktyce funkcjonowania struktur akademickich oraz w wychowaniu do wolności młodych pokoleń.
Kraków, 25 czerwca 2003 roku
7
etyka
AKADEMICKI KODEKS WARTOŚCI
przyjęty na posiedzeniu Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego
w dniu 25 czerwca 2003 r.


PREAMBUŁA

Nauka i szkolnictwo wyższe przechodzą w Polsce proces głębokiej przebudowy. Nie ustępują zjawiska kryzysowe, towarzyszące transformacji ustrojowej i gospodarczej państwa. Zmienia się struktura i warunki funkcjonowania uczelni. Obok szkół państwowych rozrosło się szkolnictwo prywatne, a obok studiów bezpłatnych – różne formy wysokopłatnych usług oświatowych. Współpraca i bezpośrednia rywalizacja z uczelniami zagranicznymi stawia nieznane przedtem wyzwania. Naukowcy, zwłaszcza profesorowie, podejmują pracę na kilku etatach, na czym może ucierpieć działalność macierzystych placówek, a także poziom badań naukowych. Nie wszyscy potrafią oprzeć się pokusie występowania w dziedzinach lub działaniach pozorujących naukę (w polityce, w sterowanych ekspertyzach na zamówienia firm, a także w szerzeniu paranaukowych poglądów w mediach). Narasta przede wszystkim ilość niekorzystnych zjawisk w sferze świadomości uczonych, w motywacji ich aktywności i postawach etycznych. W obliczu narastających zagrożeń, konieczne staje się jasne i jednoznaczne przypomnienie podstawowych wartości obyczajowych i etycznych, które, ukształtowane przez wielowiekową tradycję, tworzyły autorytet nauki, wyrażając siłę moralną akademickiego świata oraz sens posłannictwa uczonych w promocji etycznych i obywatelskich cnót. Wartości, zasad i norm jest wiele, wystarczającym wydaje się jednak zabiegiem wskazanie ich kanonu w syntetycznym skrócie, obejmującym powinności najbardziej podstawowe, reprezentujące pośrednio wszystkie pozostałe.
1. PRAWDA

Służba prawdzie jest podstawowym obowiązkiem uczonego. Chodzi zarówno o odkrywanie prawdy oraz formułowanie prawdziwych sądów i teorii, jak o głoszenie i wychowywanie w jej duchu młodzieży akademickiej. Obowiązek wobec prawdy to zarazem poszukiwanie nowych, oryginalnych, wciąż lepszych rozwiązań, to promocja inwencji i autentycznej twórczości. Przeciwieństwem prawdy jest nie tylko jawny fałsz, ale wszelkie półprawdy, mniemania i zwykłe przesądy, drapujące się w szaty rzekomej pewności, a wyrażające ideologiczne założenia oraz koniunkturalne oczekiwania, zgodne ze złożonym zamówieniem spoza nauki. Służebność prawdzie winna też kierować sumieniem naukowym w ocenie wszystkich prac i przedsięwzięć badawczych – ponad podziałami środowiskowymi, układami koleżeńskimi oraz wszelkimi pozanaukowymi uczuciami i sympatiami osobistymi, narodowymi i światopoglądowymi. Stosunek do prawdy winien też stać się kryterium osobistej postawy wobec własnych dokonań. Stała, odważna i uczciwa weryfikacja musi stać powyżej ambicji, mód i rangi przeszłych sukcesów. Prawda jest wartością autoteliczną – sama, będąc celem nauki, nie może być wykorzystywana jako środek do innych celów, zwłaszcza z odrzuceniem etycznej zasady bezinteresowności jej zdobywania.
2. ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Odpowiedzialność dotyczy własnego warsztatu naukowego, całej dyscypliny oraz instytucji i środowiska, które się współtworzy. Jest też odpowiedzialnością za wychowanie kolejnych generacji oraz za wykorzystanie autorytetu uczonego poza uczelnią i strukturą nauki, w tym również w zakresie aplikacji wyników nauki w praktyce. Dotyczy to wszystkich dyscyplin, ale zwłaszcza tych, które na danym szczeblu rozwoju wiedzy dokonują przełomowych odkryć, formułując koncepcje prowadzące do radykalnych zmian w ludzkim życiu, ale też stwarzając największe potencjalnie niebezpieczeństwo różnych skutków ubocznych. Odpowiedzialność oznacza również pełne i aktywne uczestnictwo we wszystkich formach życia akademickiego, tak w zakresie podejmowanych funkcji, pracy dydaktycznej, jak i obrony dobrze pojętych interesów własnej placówki w ramach konkurencji z innymi. Niechęć do współodpowiedzialnej, solidnej pracy na rzecz macierzystej uczelni, lekceważenie podjętych obowiązków, a w szczególności bezpośrednie lub pośrednie działanie na jej szkodę – stanowi wykroczenie nie tylko w rozumieniu prawnym, ale podważenie uświęconych tradycją zasad formujących wspólnotę uczonych oraz naruszenie dobrych obyczajów akademickich.
3. ŻYCZLIWOŚĆ

Nauka i życie akademickie to długi łańcuch dziejowy przejmowania efektów pracy naszych poprzedników, tworzenia wiedzy oraz przekazywania jej kolejnym generacjom w duchu solenności poznawczej i edukacyjnej, nade wszystko jednak w atmosferze najwyższej życzliwości wobec następców, zwłaszcza najmłodszych – studentów i adeptów nauki. Powinnością każdego mistrza jest wychowanie innych mistrzów oraz poświęcenie się jak najszerszemu, solidnemu i jasnemu przekazowi całej posiadanej wiedzy słuchaczom wykładów i czytelnikom publikacji. Życzliwość to także bezpośrednia opieka nad rozwijającymi się umysłami, pomoc w budzeniu zainteresowań, dyskretne, ale owocne, kierowanie pierwszymi, samodzielnymi krokami seminarzystów, magistrantów i doktorantów. To również tworzenie atmosfery dobrej roboty, wyzwalającej energię i entuzjazm wszystkich uczestników życia akademickiego, wolnej natomiast od małostkowości, zniechęcającego krytykanctwa, rywalizacyjnego pośpiechu i pozoracji merytorycznej działalności. Szczególnie ważne przejawy zasady życzliwości dotyczą sfery egzaminów i zaliczeń, niestety, nie zawsze wolnej od przypadków bezduszności, złośliwości, a nawet szykan. Są i muszą być one obecne również w dziedzinie awansów naukowych i innych formach środowiskowej aprobaty. Życzliwa, konstruktywna, pełna wzajemnego zaufania atmosfera twórczej synergii wyzwala wielkie moce ludzkiej aktywności, nie tylko dopingując do zwielokrotnionych wysiłków, lecz i wyzwalając pełną radość z sukcesów badawczych i dydaktycznych – własnych i cudzych.
4. SPRAWIEDLIWOŚĆ

Szkoła wyższa to zarazem wyższa szkoła sprawiedliwości, praktycznej nauki jej rozpoznawania, definiowania, stosowania oraz respektu wobec jej zasad Sprawiedliwe powinny być, oczywiście, oceny w indeksach i na dyplomach, odzwierciedlające obiektywny stan wiedzy studentów, a nie tylko wyroki łaskawego losu lub subiektywną przychylność egzaminatora (co gorsza, czasem wywoływaną czynnikami ubocznymi, w tym wysoce nagannymi moralnie, jak korupcja, nepotyzm, molestowanie seksualne, płatne korepetycje u wykładowców itp.). Sprawiedliwa winna być ocena przyznająca wybranym szanse dalszego rozwoju naukowego lub otwierająca wrota do szybkiej, pozaakademickiej kariery.
Sprawiedliwego stosunku wymaga merytoryczna i etyczna wycena pracy innych, zwłaszcza w odniesieniu do konkursów, awansów, dotacji i nagród oraz w tworzeniu formalnych hierarchii w strukturze instytucji naukowych. Regułom sprawiedliwości trzeba też podporządkować obszar podejmowanych – oby równomiernie – obowiązków, tak, by nie stawały się nadmiernym ciężarem dla jednych, nieuzasadnionych zaś przywilejów dla innych – zazwyczaj korzystających z tych nierówności, by podejmować dodatkowe zajęcia poza macierzystą uczelnią. Sprawiedliwości również żąda nauka i edukacja jako cała, zorganizowana instytucja służby publicznej, zwłaszcza w aspekcie jej uwarunkowań ekonomicznych, gdzie na czoło wysuwa się przede wszystkim słuszne żądanie sprawiedliwej, godziwej w skali kraju i adekwatnej do zasług w skali uczelni, płacy za pracę.
5. RZETELNOŚĆ

Nauka to domena nadzwyczajnej solidności, precyzji, rzetelnego stosunku do faktów, do osiągnięć poprzedników oraz do języka, w którym buduje się teorie i w którym przekazuje się wiedzę.
Prace naukowe i wykłady akademickie nie muszą stronić od żywych, atrakcyjnych barw i osobistych, emocjonalnych komentarzy, ale nie wolno im nigdy poświęcić zasady rzetelności dla ubocznego efektu: dla polemicznego sukcesu, dla oryginalności za wszelką cenę, dla wygody głoszenia niedostatecznie przygotowanych tez i chwilowych satysfakcji autorów niepoprawnych rozumowań. Nie mogą być terenem inwazji stylistyk pozanaukowych, służebnych wobec doraźnych potrzeb i mniemań potocznych, opinii większości, oraz oczekiwań zgłaszanych przez rozmaite wpływowe gremia, zwłaszcza decyzyjne. Wymogi rzetelności kształtują pożądaną biegłość i metodologiczną solidność warsztatową, wykroczenia w tej dziedzinie podważają natomiast zaufanie, jakim powinna i musi cieszyć się nauka – najbardziej wiarygodny drogowskaz dla wiedzy i postaw ludzkich. Rzetelność wymaga zawsze nadzwyczajnej, najbardziej drobiazgowej skrupulatności faktograficznej i bezwzględnej ścisłości logicznej. Wymaga też zdolności do krytycyzmu i autokrytycyzmu, aż do trudno osiągalnych granic osobowościowego ideału moralnego, obejmującego umiejętność przyznania się do błędu, wielkoduszność wobec oponentów, jak również – gdy trzeba – odwagę odstąpienia od niesłusznych, nieuzasadnionych poglądów.
6. TOLERANCJA

Historię wiedzy wypełniają nie tylko poznawcze sukcesy, zazwyczaj dodawane do poprzednich w linearnym procesie prostej kumulacji kolejnych teorii. Do jej dziejowego sensu należą też próby nieudane, niepełne i przynoszące niepewne rozstrzygnięcia, często ważne jednak i pouczające, bo przekreślające niektóre możliwości i falsyfikujące pochopnie przyjmowane koncepcje. Żaden okres, żadna szkoła, żadna metoda ani żaden najświatlejszy umysł nie zamykają sobą procesu dziejów nauki, toteż mądrość poznawcza wymaga zarówno ostrożności, jak i przede wszystkim uznania rangi odmienności, jej zrozumienia i wartościującej aprobaty, czyli tolerancji. Tolerancja – to uważne wsłuchiwanie się w opinie innych, nawet w te przeciwstawne ogólnie obowiązującym, zwłaszcza naszym, osobistym. To otwieranie się na inne kultury i odmienne koncepcje, nawet te jawnie niezgodne z naszymi naukowymi i potocznymi ujęciami. To odrzucenie reguł dyskryminacyjnego podziału ludzi – studentów i młodzieży naukowej – wedle ich cech narodowych, rasowych, politycznych czy światopoglądowych. To także uznanie prymatu chłodnego rozumu nad emocjami i żądanie od
całej wspólnoty akademickiej respektowania wymogu postawy racjonalnej i tolerancyjnej jako etycznie aprobowanej w nowoczesnym społeczeństwie, zwłaszcza w intelektualnych elitach.
7. LOJALNOŚĆ

Każda oparta na zdrowych zasadach zbiorowość, wymaga od swych członków wzajemnego poszanowania, współdziałania i solidarności, a od poszczególnych jednostek i grup respektowania zasad lojalności wobec całej struktury. Wspólnota akademicka stwarza warunki do rozwijania własnych, niepowtarzalnych talentów jednostkowych i doskonalenia cnót osobistych. Jednocześnie pozwala rozkwitnąć w pełni społecznemu, braterskiemu życiu uczelni, której dobre imię staje się w konsekwencji znakiem całej wspólnoty, a zarazem symbolem szacunku dla każdego pracownika i studenta z osobna, bo i na niego wówczas spływa splendor Almae Matris. Lojalność wobec macierzystej wspólnoty akademickiej objawiać się winna zarówno na co dzień, jak i w chwilach szczególnych, wymagających odwagi, poświęcenia i samozaparcia, odsunięcia zaś na bok prywaty i oportunizmu. Lojalność objawia się zarówno w pracowniczej dyscyplinie i wspomaganiu demokratycznie obranej zwierzchności, jak i w solidarności wobec kolegów, studentów i wszystkich członków społeczności akademickiej, służeniu pomocą we wspólnych przedsięwzięciach, przede wszystkim w budowaniu prestiżu uczelni i jej członków. Wykroczeniem przeciwko zasadzie lojalności są działania wymierzone bezpośrednio i pośrednio w powagę i autorytet uczelni, szkodzenie jej interesom, w szczególności zaś angażowanie się w takie przedsięwzięcia, których intencją bądź obiektywnym skutkiem jest osłabianie pozycji i pomyślności uczelni jako całości i jej struktur oraz szkodzenie kolegom i ich dobremu imieniu.

8. SAMODZIELNOŚĆ

Twórczość naukowa to proces dwóch równoległych, przeplatających się ciągów działań: z jednej strony, wykorzystywania i przetwarzania dorobku poprzedników i współczesnych, z drugiej zaś, samodzielnego dodawania efektów własnych badań, samodzielnie przygotowanych, przeprowadzonych i opracowanych. Wyraża się ona przede wszystkim w publikacjach, które nadają ostateczną formę dokonanym odkryciom, ujawniając oryginalny charakter indywidualności danego uczonego, specyfikę jego warsztatu i języka lub też prezentując specjalny styl działalności autentycznych kolektywów badawczych. Jakiekolwiek uchybienie zasadzie samodzielności stanowi pogwałcenie fundamentalnych reguł i idei posłannictwa nauki, musi tedy być uznane za szczególnie godną potępienia postawę etyczną członka społeczności akademickiej, zarazem też stanowiąc ciężkie naruszenie prawa. Dotyczy to przede wszystkim jawnych plagiatów, czyli kradzieży cudzych owoców pracy, ale także innych, bardziej wyrafinowanych form żerowania na dorobku innych, w postaci kryptoplagiatów (posługiwania się cudzymi myślami, pomysłami i kategoriami bez podania źródeł) oraz bezceremonialnego dopisywania się do rezultatów cudzej pracy lub sugerowania wyższego od faktycznego stopnia udziału współautorskiego, a także autoplagiatów (wielokrotnego sprzedawania tych samych produktów). Jednoznacznej dezaprobaty moralnej wymaga także proceder handlowania pracami naukowymi i innymi opracowaniami, występowanie zarówno w charakterze faktycznych ich wykonawców i sprzedawców, jak i nabywców czyli rzekomych autorów. Konsekwencją takich oszukańczych praktyk jest zdobywanie niezasłużonych awansów na studiach, dyplomów, tytułów, cenzusów zawodowych, licencji i innych wyłudzanych dóbr bez samodzielnych
5
zasług beneficjentów, a także – w szerszym wymiarze społecznym – tworzenie chaosu edukacyjnego, dewaluacja ogółu dyplomów i publikacji oraz ogólny, skrajnie relatywistyczny permisywizm moralny. Podkreślić trzeba z naciskiem, iż te same normy winny obowiązywać profesorów, co i oszukujących studentów, z tym, że ci pierwsi muszą bezdyskusyjnie i niezmiennie w ciągu całej kariery nauczyciela akademickiego świecić osobistym przykładem młodszym kolegom oraz całej studiującej młodzieży.
9. UCZCIWOŚĆ

Zasada uczciwości jest jedną z najbardziej podstawowych i powszechnych reguł etycznych, obowiązujących wszystkich ludzi bez wyjątku, w rozmaitych sytuacjach, na różnych stanowiskach i w obliczu różnorodnych przeciwności. Uczciwość dotyczy stosunku do innych ludzi, do spraw publicznych każdego możliwego zasięgu i poziomu osobistej odpowiedzialności, a w obrębie samej działalności naukowej i dydaktycznej – przede wszystkim stosowania jasnych i jednoznacznych kryteriów warsztatowych i wartościujących. Uczciwy naukowiec jest solidny w swojej pracy, gdy nie poddaje się presji szybkiej i głośnej, acz wątpliwej sławy, ale zawsze wspiera moc wniosków ze swych badań odpowiednimi, nieraz długo i żmudnie zdobywanymi, argumentami. Uczciwy naukowiec odkrywa w pełni tajniki swego warsztatu, nie pozwalając sobie na żaden kamuflaż, sekretne założenia i ezoteryczny język przekazu, wzmacniający pozór pewności dla głoszonych tez. Uczciwy uczony, nawet najwyższej rangi, umie określić – po sokratejsku – granice swej wiedzy i niewiedzy, nie udając przed nikim, także przed sobą, iż posiadł więcej mądrości, niż było to naprawdę możliwe, nadto chroniąc się przed pokusą formułowania sądów, opinii, a nawet pseudoteorii na terenie problematyki, w której w ogóle nie jest specjalistą. Uczciwy wykładowca akademicki winien przekazywać studentom wiedzę opartą o najnowsze dokonania światowej nauki, w tym także o własne, osobiste współuczestnictwo w procesie rozwoju swej dyscypliny, unikając roli nieakademickiego przekaźnika wiadomości z drugiej ręki, tylko z cudzych prac, w efekcie zręcznego kompilatorstwa. Ten zestaw wymogów dotyczy zarówno aktywności wewnątrzuczelnianej, częściowo kontrolowanej przez mechanizmy instytucjonalne i opinię słuchaczy, jak i coraz intensywniejszego uczestnictwa w występach na zewnątrz, w charakterze ekspertów oraz – co staje się plagą życia publicznego – medialnych znawców i opiniodawców spraw dowolnych. Uczciwość dotyczy również oczywistego postulatu skierowanego do młodzieży, mianowicie, wezwania do solidnego, poważnego i dogłębnego studiowania obranej dziedziny oraz stałego odnawiania i poszerzania wiedzy, także po formalnym zakończeniu edukacji.
10. GODNOŚĆ

W zasadzie godności skupiają się niemal wszystkie inne wartości, przekształcone jednak w podmiotowe ich odniesienie do samego siebie, żądające zarazem respektowania danej, mojej, podmiotowości przez innych. Godność uruchamia wewnętrzną siłę, która nie pozwala człowiekowi odstąpić od własnych przekonań, ideałów etycznych i zaufania do rozumu ani poddać się łatwo naciskom, pokusie wygody, żądzy zaszczytów i nagród. Każdy człowiek ma prawo do ochrony i szacunku dla swej godności, niezależnie od wszelkich zróżnicowań, sprzyjających sztucznym, konwencjonalnym podziałom wedle rozmaitego szczebla dostępu do czci i honoru swej osoby. Dotyczy to także świata uczonych, których specyficzne usytuowanie społeczne polega jednak na tym, iż muszą sami dbać o swą godność, zwłaszcza w sytuacjach, które wymagają cywilnej odwagi, niezależności sądu
i mocnego charakteru. Godność nauki zależna jest bowiem nie tylko od obiektywnej wartości poznawczej teorii, ale od twardej, bezkompromisowej postawy godnościowej samych naukowców, wobec polityki lub zniewalającej siły pieniądza, choć również wobec samych siebie – kolegów i rywali zarazem. Równocześnie, zarówno cała, zhierarchizowana nauka, jak i struktury uczelni wyższych stwarzają szereg wewnętrznych niebezpieczeństw w tym zakresie, a tym samym specjalny obowiązek dbałości o równy dostęp do ochrony godności przez wszystkich członków wspólnoty. Godność nie jest przywilejem żadnej, wybranej grupy społecznej, środowiska lub pozycji. Równe do niej prawo posiada wielki i sławny profesor, ale też skromny asystent i student. We wspólnocie akademickiej należy dbać o godność nie tylko pracownika naukowego, ale i sekretarki, bibliotekarza, magazyniera i sprzątaczki. Naruszenie każdej i czyjejkolwiek godności jest czynem moralnie odstręczającym, staje się sygnałem głębszego schorzenia etycznego w środowisku lub niskiej moralnej klasy poszczególnych osób, nie usprawiedliwionych bynajmniej z powodu innych, akademickich walorów.
11. WOLNOŚĆ NAUKI – WOLNOŚĆ UCZONYCH

Wartości etyczne rodzą się, obowiązują i ukazują pełnię swego bogactwa w społecznościach ludzi wolnych. Wolność jest warunkiem wyboru wartości, ich poszukiwania i kreacji. Niezbędna jest zatem podmiotowa wolność uczonych, którzy postępując wedle swego rozumu, doświadczenia i indywidualnego sumienia, mogą w pełni rozwinąć swe talenty odkrywcze i zdolność do obrony przed presją negatywnych czynników zewnętrznych lub samoparaliżem wewnętrznego zniewolenia. Wolność jest zarazem szansą i źródłem energii dla całej struktury nauki, w której tylko swoboda badań, dyskusji i głoszenia poglądów przynosi korzystne rezultaty, zaś jakiekolwiek jej ograniczanie rodzi stagnację i uwiąd twórczej myśli. Potrzebna jest wreszcie wolność nauki jako całej dziedziny, zanurzonej zawsze w realny świat innych sfer życia w skali kraju i globu, zawdzięczającej wszak swą żywotność przede wszystkim udzielonemu jej zaufaniu i gwarancjom względnej samodzielności i niezależności. Powinnością całej wspólnoty naukowej musi stać się tedy pilna dbałość o urzeczywistnianie wolności w każdym wymiarze, w tym także w jej bezpośredniej afirmacji w codziennej praktyce funkcjonowania struktur akademickich oraz w wychowaniu do wolności młodych pokoleń.
Kraków, 25 czerwca 2003 roku

Promotor mobbingowany za pracę magisterską

baner

Promotor mobbingowany za pracę magisterską

Józef Wieczorek 

 

Niedawno ukazała się książka Pawła Zyzaka „Lech Wałęsa. Idea i historia”, która wywołała ogromny rezonans na najwyższych szczeblach politycznych, jak i akademickich. Książka w dużej mierze oparta jest na pracy magisterskiej Pawła Zyzaka wykonanej w Instytucie Historii UJ pod kierunkiem profesora Andrzeja Nowaka.

Promotor pracy, wybitny historyk, od tego czasu jest obiektem szykan, które mają znamiona mobbingu. 

Kampania zaszczuwania profesora Andrzeja Nowaka trwa od kilku tygodni i ma cechy kampanii zorganizowanej. 

Prof. Andrzej Nowak 

  • otrzymuje koperty z kałem i listy z wyzwiskami, korespondencja przychodzi na adres Instytutu Historii UJ

  • otrzymuje kartki pocztowe, w których profesor obrzucany jest niewybrednymi obelgami

  • poszukiwane są ‚haki’ na profesora. Osoby podające się za „dziennikarzy” wypytują w jego miejscu pracy czy profesor przychodzi na zajęcia pijany, czy prowadzi na uczelni agitację polityczną, jakie książki wypożycza w bibliotece.

 

Szereg działań podjętych wobec profesora ma cechy ostracyzmu –

  • sekretarz generalny Polskiej Akademii Umiejętności prof. Jerzy Wyrozumski cofnął zaproszenie profesora do udziału w konferencji poświęconej czerwcowi 1989 roku

  • profesor został wycofany z warsztatów dla młodzieży z zakresu stosunków polsko-rosyjskich, które miał prowadzić podczas spotkań zorganizowanych przez Krajowy Fundusz na rzecz Dzieci

  • odwołano zaproszenie dla profesora na konferencję z okazji 70. rocznicy Sonderaktion Krakau (po ultimatum od Fundacji Promocji UJ ) 

Nie bez powodu promotor mówi „Czuję się zaszczuty” ( Dziennik, czwartek 9 kwietnia 2009,WYWIAD Z PROFESOREM ANDRZEJEM NOWAKIEM – Promotor pracy Zyzaka: Czuję się zaszczuty)

 Podłoże do niegodziwości:

  • atak ze strony polityków

  • wsparcie części mediów

  • współudział części środowisk “naukowych”

  • konformistyczna postawa części pracowników UJ – miejsca pracy profesora 

Nieznane są zabiegi władz uczelni dla przeciwdziałania rozwijającemu się mobbingowi wobec pracownika uczelni. Mobbing związany jest z pracą świadczoną dla uczelni. 

Władze uczelni są zobowiązane kodeksem pracy do prowadzenia wewnętrznej polityki antymobbingowej.