Mobbing rektorski

GW -Paweł P. Reszka, 28.02.2014
Konflikt w Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Prorektor odpowiedzialny dotychczas za kadry uczelni skarży się na… mobbing i rozmawia z rektorem za pośrednictwem adwokata.
…..UMCS, największą uczelnią w regionie, kieruje ekipa rektorska składająca się z rektora i czterech prorektorów. Od jesieni 2012 r. na czele uniwersytetu stoi prof. Stanisław Michałowski, politolog. Na funkcję prorektora do spraw ogólnych zaproponował prof. Ryszarda Mojaka, prawnika konstytucjonalistę. Mojak miał odpowiadać za sprawy kadrowe uniwersytetu, bibliotekę uczelni, archiwum i muzeum UMCS. I tak było – do ubiegłego tygodnia. Wówczas rektor odebrał prof. Mojakowi pełnomocnictwa dotyczące kadr. Nieco wcześniej otrzymał pismo wysłane z kancelarii adwokackiej Piotra Majewskiego z Lublina….
…..Konflikt rozpoczął się w Katedrze Prawa Konstytucyjnego Wydziału Prawa. W zimowym semestrze prof. Mojak prowadził wykład dla studentów II roku prawa – „Prawo konstytucyjne”. Jak mówi, w grudniu dowiedział się, że zostanie mu on odebrany. Taką decyzję podjął kierownik katedry dr hab. Wojciech Orłowski. ….Prof. Mojak: – To jeden z aktów mobbingu wobec mojej osoby. Intryga, by mnie zniszczyć. Problem polega na tym, że ja od studentów wymagam zaangażowania w naukę, a na egzaminie wiedzy. Wiem, że skarżyli się też, że zamknąłem aulę, by nie wychodzili. To nieprawda, drzwi były uszkodzone, poprosiłem więc studenta, by przekręcił klucz. Argumenty o godzinach zajęć dla profesorów są tylko pretekstem do tego, by mnie skompromitować.
Reklamy

Mobbing wybitnego profesora

  mobbing lektura

Mobbing wybitnego profesora

(na podstawie –  

Estreicher Karol – Dziennik wypadków 

tom V 1973-77 ) 

r.1973

Potem, po 15 VIII, był Kraków. Tu na Uniwersytecie stosunki są przykre, rządy profesora Mieczysława Karasia są złośliwe i głupie. Klimaszewski był gangsterem w rękawiczkach, Karaś bez rękawiczek. Klimaszewski niszczył jak mógł jagiellońską tradycję Uniwersytetu, Karaś robi to samo. Jeden na słodko — niczym fryzjer, dru­gi jak ciemny cham. Rządzą w tej chwili na Uniwersytecie partyjne figury, aparatczyki, tajniaki z Bezpieczeństwa poubierani w togi profesorskie. Przyzwoici profesorowie są na uboczu.

Moje osobiste położenie jest bardzo ciężkie. Za dwa lata emerytura — nie będę mógł nadal rządzić Muzeum. Nie o to idzie! Kto będzie po mnie? Co będzie z Mu­zeum?

W Instytucie Historii Sztuki rządy profesora Mieczysława Porębskiego — bardzo trudne, nieprzyjemne, niekoleżeńskie. Intrygi, plotki, jakieś kwasy, zawiści. Sufluje to Porębskiemu profesor Lech Kalinowski. Jestem odsunięty od wszystkiego. Porębski nie zwołuje zebrań Instytutu, do czego jest zobowiązany. Niełatwy jest los profesora przed emeryturą.

r.1974

Funkcję Muzeum UJ, jego zadania i powodzenie przewidziałem, a nawet chciałem, chciałem aby Uniwersytet Jagielloński miał reprezentacyjne wnętrza, które służyłyby Rektorowi, Senatowi i profesorom. Nie przewidziałem — gdy Collegium Maius weszło już w codzienny użytek — nie przewidziałem jednak jednego. Nie przewidziałem, że bę­dę miał do czynienia nie z szlachetnymi, pozytywnymi charakterami moich kolegów, ale z ich złą, ujemną, niemądra stroną.

Nie przewidziałem, że system wałki klasowej wprowadzony przez socjalizm jest w sta­nie w takim stopniu wyzwolić próżność, zawiść i złośliwości profesorów i rektorów. Wszy­scy rektorzy od czasów Marchlewskiego (1956) — Grodziński, Grzybowski, Lepszy, KJimaszewski, Karaś — wszyscy potrzebowali i używali Collegium Maius i wszystkich po­nosiła zawiść, że ja jestem tam zarządcą. Wszystkim zdawało się, że oni też potrafią od­nowić, urządzić, przyjmować i reprezentować. Wszyscy rektorzy bali się, że chcę poprzez

Collegium Maius i Muzeum UJ zrobić karierę. Wszyscy rektorzy rzucali mi kamienie pod nogi, obrażali mnie lub prowokowali. Grodziński był niezbyt mądry, byt człowiekiem niewielkiej kultury. Lepszy zazdrościł, bo wspinał się do góry, Stefan Grzybowski był chciwy nie tylko zaszczytów, ale i dochodów. Klimaszewski postanowił przypodobać się komunizmowi umniejszając Uniwersytet, Karaś zaś łaknie zaszczytów i ma brutalny spo­sób zachowania się.

Ten kto kiedyś będzie czytał te zapiski zapyta: czy tak było naprawdę, czy to nie jakaś gorycz, jakaś zawiedziona ambicja, czy nie jakaś nerwica lub skleroza przemawia z tej krytyki rektorów?

Nic podobnego! Wiem i znam życie, wiem, że każdy z nas ma wady, słabości, upadki. Nie o to idzie!

Mianowanie rektorów przez Ministerstwo i Partię i przez „doradców radzieckich” (w Krakowie konsul ZSRR) sprawia, że rektorzy Uniwersytetu tracą głowę i charakter natychmiast po objęciu urzędu magnificencji. Dochody, ułatwienia życiowe –to wszystko na tle biedy codziennego życia bardzo szybko, prawie natychmiast po miano­waniu (2-3 miesiące) przewraca rektorom w głowach. Budzi się u nich tym większa żą­dza zaszczytów im silniej czują się zależni od biurokracji socjalistycznej i rosyjskich doradców. Chcą się wyżyć w powodzeniu i w chwale uważając je za trwały sukces.

Są dobierani pod tym kątem przez rządzących, tj. przez KW i KC Partii. Przesiewani są przez doradców z ambasady. Mianując Klimaszewski ego (po śmierci Lepszego w 1964 roku) Gomułka starannie wziął pod uwagę nie jego nacjonalistyczną przeszłość, nie jego zalety i umiejętności reprezentacyjne, ale jego uległy, służebny charakter, Wziął pod uwagę fakt, że Klimaszewski będzie deklamował o Uniwersytecie Jagielloń­skim, a w istocie będzie go zwolna, z lekka zmieniał w uczelnię na poziomie szkół tech­nicznych, zawodowych i prowincjonalnych. To samo i tak samo Karaś.

Collegium Maius jest rektorom UJ potrzebne do osobistych sukcesów i reprezentacji. Czuję się winnym, że wprowadziłem do Collegium zwyczaj i uroczystości, ale gdybym tego nie zrobił w latach 60-tych — nie dałbym sobie rady.

Na tle użytkowania Muzeum ustawicznie dochodzi do ataków przeciw mnie. Moim kolegom zdaje się, że każdy z nich potrafiłby urządzić i prowadzić Muzeum. Ustały ata­ki i dokuczania z lat pięćdziesiątych (że zadaniem UJ nie jest tworzenie Muzeum — Grodziński, Kleniensiewicz). Nieszlachetne, a bardzo szkodliwe ataki z lat sześćdziesią­tych (że wszystko w Muzeum jest falsyfikatem — Bochnak, Szablowski, Kalinowski), a rozpoczęły się ataki ze strony Karasia, że rządzę autorytatywnie (to prawda), że nie umiem współżyć z kolegami, że uważam Muzeum za mój folwark („wytępimy Estreicherów z Uniwersytetu Jagiellońskiego”)….

Moje kłopoty z Collegium Maius i rektorami UJ

Otoczenie — moi współpracownicy, przyjaciele — nieraz dziwią się, dlaczego tak zażarcie, niemal zazdrośnie walczę o Collegium Maius. Niemal każdą inicjatywę prze­cinam, ustawiani, wykłócam się, z reguły robię trudności, gdy ktoś przychodzi z mia­sta czy z Warszawy, aby w ten czy inny sposób użytkować sale Collegium lub sale muzealne. …

Profesorowie, a zwłaszcza rektorzy (bez większej kultury plastycznej, tacy jak ostatnio Klimaszewski i Karaś) mają zachcianki urzą­dzania gabinetów, sal konferencyjnych dziełami sztuki. Wyciągają, żądają, a jeżeli im odmówić, to nadąsani mszczą się. Kiedy w 1960 roku odmówiłem Stefanowi Grzybowskiemu kupna jakiś bezwartościowych skrzypiec, które jego żona chciała sprze­dać — mścił się na mnie przez dwa lata. Rektorzy mianowańcy (z Warszawy, przez partię) mają tendencję by mścić się, jeśli się sprzeciwić ich zachciankom na polu za­bytków i urządzania wnętrz. Nadto każdy z nich uważa (im gorzej z wykształceniem, tym bardziej), że jest znawcą sztuki, że zna się na urządzaniu wnętrz, etc… Dygnita­rzy rektorskich, takich jak Mieczysław Klimaszewski często buntują paniusie rekto-rowe. Zazdrosne o urządzanie wnętrz krytykują przed mężami, podsuwają im ambitne pomysły, a oni, przy pomocy podległych urzędników administracyjnych pró­bują rządzić. Próbują tak i w Collegium Maius, które —jak uważają —jest dla nich przeznaczone, im przypisane, jak toga rektorska jest przypisana do ich reprezenta­cyjnego użytku. Takie poglądy roztaczały przed mężami panie rektorowe: Lepszyna (zm. 1972), Klimaszewska, a teraz pani Karasiowa. Oczywiście domyślam się tego, dochodzą mnie pewne plotki, spostrzegam pewne szczegóły — i to mi wystarcza. Do­dać do tego trzeba zazdrosnych kolegów jak Szablowskiego, Bochnaka (dawniej), Porębskiego (obecnie). Jeżeli dodać służalczych urzędników i dyrektorów admini­stracyjnych, to jest to komplet osobistości chcących rządzić Collegium Maius i Mu­zeum UJ, podszeptujących rektorom, że to oni powinni rządzić Muzeum UJ, bo jest ono dla nich przeznaczone.

Sami rektorzy bardzo prędko tracą głowę. Klimaszewski — kiedyś uprzejmy i grzeczny, jak tylko został członkiem Rady Państwa i wiceprzewodniczącym, nabrał manier królewskich. Przez osiem lat kazał się na Uniwersytecie czcić wszystkim ko­legom, a najchętniej, aby to oddawanie hołdów i deklamacji odbywało się na tle Collegium Maius.

Od dwóch lat jest Karaś. Z małego działacza partyjnego, bardzo ludowego milicjan­ta w latach 1944 i 1945 — polonisty, językoznawcy bez prac naukowych, został miano­wany rektorem UJ i partyjnym dygnitarzem. Wylazły z niego najgorsze cechy partyzanckich obyczajów z przed lat. Jako rektor, podobnie jak Klimaszewski, Colle­gium Maius uważa za odskocznię dla dalszej polityczno-partyjnej kariery.

Do tych ambitnych celów ma służyć Collegium Maius. Karaś wydaje rozkazy podle­głym sobie urzędnikom, a ci z kolei rozkazują mnie myśląc, że się ugnę!…

r.1975

Grudzień

l grudnia poniedziałek

Dziś w południe spadł na mnie potworny cios. Pismo rektora Karasia z zawiadomie­niem, że dnia 11 mianuje prof. M. Porębskiego, dyrektora Instytutu Historii Sztuki, kie­rownikiem — przewodniczącym komisji inwentaryzacyjnej Muzeum UJ. Bez porozumienia się ze mną! Bez uprzedzenia mnie! Przecież to ja to Muzeum stworzy­łem! I nagle jestem zaskoczony w sposób wprost prowokacyjny!

Liczyłem się z tego rodzaju możliwościami, ale —jak to bywa — nie przypuszczałem, że tak nagle, tak zaskakująco zostanie to dokonane.

Muszę (pierwsza moja reakcja!) ratować wszystkie moje rzeczy, które w Muzeum przechowywałem. Moje osobiste depozyty.

Wywiozłem już bezcenną bibliotekę Estreicherowską oraz archiwum. Teraz czas na przedmioty.

Jestem podniecony. Nie wiem co robić! Przede wszystkim muszę liczyć się z przegra­ną i będąc wyrzucanym z Muzeum, które przecież stworzyłem, ratować rzeczy Estreicherowskie. 

Jego Magnificencja Rektor” Karaś

Na jesieni 1975 roku rozpoczęła się żmudna wojna podjazdowa skierowana przeciw­ko mnie. Oparcie i zachętę daje „rektor” Mieczysław Karaś.

Czeka mnie bardzo trudny rok. Muszą wyjaśnić się pewne sprawy, a zwłaszcza na­stępstwo po mnie. Instytut Historii Sztuki, a w nim Porębski i Kalinowski chcą opano­wać Muzeum. Znają jego nieprzebrane skarby, a zawiść o nie zalewa im jakiekolwiek obiektywne spojrzenie. Owa nienawiść, to wszystko posiew działań Adama Bochnaka, który udając przyjaciela tępił mnie przez cale życie poprzez rozsiewanie uwłaczających plotek lub (jakże byłem naiwny) stwarzając szkodzące mi sytuacje. Obecnie moi kole­dzy z Instytutu Historii Sztuki rozszerzają, te same i nowe, plotki i nieprawdziwe wia­domości. Kłamią i oczerniają jak tylko mogą. Kalinowski ucharakteryzowany na arcykapłana nauki, Porębski na wieszcza, ich asystenci (niejaka Klementyna Żurowska, Ostrowski, Małkiewicz, Gadomski, Krakowski, bibliotekarka Żychiewiczowa, wreszcie fotograf-pijaczyna Władysław Gomuła) śledzą co się dzieje w Muzeum i donoszą swym pryncypałom. Z boku — niby do niczego się nie mieszając — trzyma się Jerzy Szablowski, prof. hist. sztuki i członek Akademii Nauk bez prac naukowych, a w rzeczywistości urzędnik małego formatu, kustosz zbiorów na Wawelu.

Wszystkim tym osobom Muzeum UJ przeszkadza. Stworzyłem je z niczego, a fakt je­go powstania wyrwał im monopol z rąk i pokazał, że wszystko można zorganizować w sposób realny i szybki, a nie celebrując i udając, że coś się robi. Teraz znaleźli opar­cie w Mieczysławie Karasiu.

9 grudnia wtorek

Seminarium.

Telefon z teatru Bagatela.

Po południu mam wykład. Po wykładzie dostałem arogancki telefon od sekretarki Podstawowej Organizacji Partyjnej UJ, że w Collegium Maius pali się i dymi. Przypad­kowo byłem w Collegium. Wszędzie cisza i spokój. Śladu dymu. Na ulicy św. Anny stoją dwie strażackie motopompy (daleko od Collegium), ponieważ w kamienicy pod nr 3 czy 5 dymiły się sadze w kominie. Na tej to podstawie dostaję aroganckie telefony, że dzieje się to w Collegium Maius i to ja jestem za to odpowiedzialny! Stwierdziłem, że wszystko jest w porządku i odtelefonowałem do I sekretarza POP-u UJ — Pawlicy, że ktoś sobie z niego żartuje. Ale to nie były żarty!

10 grudnia środa

Wczorajszy awanturniczy telefon od Pawlicy (dygnitarza! I sekretarza Podstawowej Komórki Partyjnej) był prowokacją. Szło o to, aby na posiedzeniu tej jadowitej komór­ki władzy, móc powiedzieć coś złego o mnie — dyrektorze Muzeum UJ. Mniejsza o to czy to prawda, czy nie — rzekomy pożar… wymyślono...

Gdybym nie miał szczęścia i nie było mnie przypadkiem w Muzeum, nazywałoby się, że jest ono niestrzeżone, że należy z tym zrobić porządek… etc. Idzie o to, aby na rok przed moją emeryturą stworzyć atmosferę mojej winy... Choćby przy pomocy drobnych kalumnii... Za wszystkim stoi rektor Mieczysław Karaś, a dopomagają mu różni służal­czy koledzy. Główne intrygi snuje Kalinowski.

7 września 1976

Kilka razy w życiu traciłem warsztat pracy. Najgorsze uderzenie przeżyłem w 1939 ro­ku, gdy papiery i książki przyszło mi porzucić i ruszyć za granicę.

Nigdy już nie zdołałem uporządkować papierów. Listów, książek. Znaczną ich część odzyskałem po wojnie, w 1946 roku.

W 1945 roku straciłem całe Biuro Rewindykacyjne w Londynie. U Ewy, mej siostry, leżą na strychu moje papiery, listy, dokumenty, zebrane w latach wojny 1939-45. Potem w 1947 przyszła wyprowadzka z Sobieskiego. Książki po ojcu umieściłem w Bibliotece Jagiellońskiej. W 1962 roku dyrektor Baumgart kazał mi się usunąć z Biblioteki wraz z całym Archiwum Estreicherów. W gmachu Biblioteki nie był w stanie dać mi żadne­go kąta, bym mógł pracować nad Bibliografią. Z Akademii Nauk usunięto warsztat Bi­bliografii Polskiej. Miałem tam swoją pracownię.

Teraz odchodzę z Collegium Maius i znowu tracę oparcie dla pracy naukowej i mej działalności, które tam posiadałem.

Emerytura i (praktycznie mówiąc) „usunięcie mnie” z dyrektury Muzeum UJ pomi­jając wszelkie moralne aspekty, uderzyło we mnie, bo zburzono mi warsztat naukowy….

Gdyby Uni­wersytet był dla mnie życzliwszy, gdyby koledzy moi, rektorzy, Senat odnosili się do mnie z większym uznaniem, nie przeszkadzali mi działać, nie obrzucali mnie inwekty­wami, byłbym to wszystko, po uporządkowaniu, oddał Muzeum UJ i Bibliotece Jagiel­lońskiej. Takie były moje zamysły w 1946 roku. Teraz stoję przed koniecznością dalszego zabezpieczenia owych rzeczy. Nie wiem jeszcze dokładnie, co zrobię, ale zrobię wszyst­ko by spuścizny Estreicherów nie zmarnować.

15 września środa

Traktowanie odchodzącego na emeryturę profesora jest po prostu straszne. Nie ma przykrości ze strony kolegów, której by nie stosowano.

Cały rok, aż do wakacji urządzono • dzięki nagonce kwestora Bunscha — inwentary­zację, która w gruncie rzeczy nie była niczym innym jak prześladowaniem mnie. Koledzy profesorowie: Porębski, Kalinowski, docent Klementyna Żurowska (niemądra, na pozio­mie „bony do dzieci” lub damy klasowej), asystenci Gadomski, Małkiewicz, Ostrowski — robili dociekliwą inspekcje, co Muzeum posiada i jak to wszystko jest zapisane. Oczywi­ście tą nerwówkę urządzono, aby obrzydzić mnie życie. Prowokowano zajścia.

Dziś dotarłem do rektora Karasia. Nie chce nic powiedzieć, ani naradzić się ze mną co ma być z Muzeum i co z Bibliografią Polską — mojego autorstwa.

Zachowuję spokój, udaję że się nie denerwuję — ale w rzeczywistości przechodzę bardzo ciężkie nerwy.

Karaś czeka na moją emeryturę z UJ na pierwszego października i dopiero wtedy za­cznie wydawać decyzje.

We wrześniu 1976 roku zawezwał mnie dziekan Kulczykowski, najbliższy współpracow­nik M. Karasia. Tzw. Mały Senat UJ uchwalił tę odprawę. Równocześnie na wniosek Mie­czysława Karasia podjęto uchwałę całkowitego usunięcia mnie z UJ. W myśl zasady: „Wytępimy Estreicherów na Uniwersytecie Jagiellońskim”. Podjął się wykonania tej uchwały niejaki Sylwester Wójcik (prorektor UJ), osobistość na poziomie posterunkowe­go w mieście powiatowym. Rozpoczęła się seria nagonek, prześladowań, szykan i preten­sji. Wójcik wraz z Kulczykowskim buntowali przeciw mnie współpracowników (zwłaszcza M. Zakrzewską). Ostrowski ostrzegł mnie, że jestem wysoce podejrzany o kradzież srebra.

. Zakrzewska donosiła prof. Mieczysławowi Porębskiemu o nieporządkach w Muzeum. Karaś wrzeszczał na mnie żądając abym wysłał (jako wypożyczenie) obrazy z Muzeum UJ do polskiego konsulatu w Chicago. Szykanom nie było końca. Wójcik odebrał mi klucze, zezwolił na przychodzenie do Muzeum, ale po każdorazowym meldowa­niu się u niego. Nie przyznano mi żadnej nagrody. Zapowiedziano, że dyrektorem będzie prof. Kalinowski, który zapowiedział daleko idące zmiany w urządzeniu wnętrza.

Nie było upokorzenia, szykany, oskarżenia, którego bym nie przeżył. Broniłem się i wreszcie trafiłem na prof. Werblana, a ten jako wysoko partyjny zwrócił się do Partii w Krakowie i wreszcie zwrócono uwagę, że Estreicher jest przez Karasia prześladowa­ny. Karaś się przeląkł, zwłaszcza że przytoczono mu jego własne powiedzenie o wytg: pieniu Estreicherów w Uniwersytecie Jagiellońskim.,,,

W tej atmosferze bardzo przeszkadzałem. Za wiele widziałem i wiedziałem, tak że trzeba mnie było z placówki Muzeum UJ usunąć. Obrazić, oskarżyć, sprowokować do jakiegoś zajścia… Oto tło sprawy.

Na złe — tylko na złe

Po co mi było, w 1945 roku, wracać do Polski, do Krakowa? Tyle kłopotów i przykro­ści, które w PRL, w ciągu trzydziestu lat przeżyłem, a które spisywałem tu zaledwo w połowie, nie zawsze mając ochotę umieszczać w Dzienniku te niekończące się swary, awantury, ataki i obrony. Po co stworzyłem Muzeum UJ, a stworzyłem je przecie z ni­czego!? Aby być nieuznanym, obrzucanym rozmaitego rodzaju inwektywami i kłamstwami. Aby utopić mój czas i majątek w Uniwersytecie, gdzie nie spotkało mnie nic do­brego. Gdzie Wydział i moi koledzy skrzywdzili mnie przed laty, głosując przeciwko mej profesurze zwyczajnej? Za co? Po co?

Trzymajmy głowę wysoko mimo klęsk i nieuznania. Jedyne co mi zostało to godność osobista. Tej nie mogę pozwolić naruszyć różnym Bochnakom, Drobnerom, Kalinowskim, Karasiom, Lepszym, Szablowskim (wielu z nich jest już R.I.P.) To najważniejsze. Ale to wszystko ciężko, bardzo ciężko przychodzi.

20 września poniedziałek

Nie jestem w stanie pisać Dziennika. Mam wstręt do tego co dzieje się wokół mnie. Całymi dniami zamykam się w domu i tłumaczę Żywoty Yasarego.

Ofensywa inwektyw ze strony Instytutu Historii Sztuki wciąż trwa. Porębski instru­owany przez Kalinowskiego chodzi do rektora Karasia i (choć mnie nie zna) wypowia­da o mojej działalności rozmaite ujemne sądy. Przenikają do mnie rozmaite wiadomości — a ile nie przenika?! Głównym informatorem jest Kalinowski, a Szablowski ze swą sztuczną powagą potwierdza wszystko co mówią o mnie złego.

Przypomina mi się, z przed lat, jakaś „czarna środa” w Instytucie Historii Sztuki — posiedzenie wielogodzinne pod prezydencją Lepszego, gdzie moi koledzy: Bochnak, Kalinowski, Szablowski, Dobrowolski przez pięć godzin „radzili” co robić z Muzeum UJ. Rzucano inwektywy. Sprawiało to wyraźną przyjemność Tadeuszowi Dobrowolskiemu i Bochnakowi. Postanowiono, że muszę odejść z Muzeum.

r.1977

28 czerwca wtorek

O Mieczysławie Karasiu, mianowanym rektorze Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Mieczysław Karaś konsekwentnie przeprowadza program tępienia mej osoby w Uni­wersytecie Jagiellońskim.

Jest to osobnik chory, nieopanowany, niebywale brutalny. Nie zna granic dla upustu swej złości — a w złość wpada zawsze i wszędzie, wystarczy, że w tym dniu gorzej widzi, lub spotyka go jakaś przykrość. Nienawidzi. Pomiata wszystkimi, którzy są od niego za­leżni. Wyraża się to terrorem i besztaniem, groźbami i złośliwością. Wyrażane jest to głośno, przy wszystkich, nawet przy uczniach, nie mówiąc już o asystentach czy perso­nelu administracyjnym Uniwersytetu.

Karol Estreicher jr.  w Wikipedii

(4 marca 190629 kwietnia 1984) – jeden z najwybitniejszych polskich historyków sztuki XX wieku.

 

Mediator akademicki pilnie potrzebny

 

mediator akademicki

 

Józef Wieczorek & Joanna Szpiega

 

Mediator akademicki pilnie potrzebny

(tekst archiwalny Rzeczpospolita 12.03.2005 Nr 60)

Bez mediatora akademickiego, oczywiście niezależnego od władz akademickich, nie można zagwarantować normalnego funkcjonowania społeczności akademickiej.

To, co się dzieje na uczelniach, rzadko wychodzi poza ich mury. Autonomia szkół wyższych zagwarantowana jest prawem (ustawa o szkolnictwie wyższym z 12 września 1990 r.; Dz. U. nr 65, poz. 385 z późn. zm.), z tym że chociaż odnosi się do sfery badań naukowych i edukacji, rozciągana jest na wszelkie sfery życia akademickiego. Przykładem może być dyskusja na ostatnim posiedzeniu Konferencji Rektorów we Wrocławiu.

Rektorzy heroicznie walczą o autonomię dla bezkarnego łamania prawa. W projekcie nowej ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym, przygotowanym głównie przez rektorów, Sejmowa Komisja Edukacji, Nauki i Młodzieży wprowadziła bowiem zapis o możliwości odwołania rektora przez ministra w przypadku rażącego naruszenie prawa.

Według rektorów jest to zamach na autonomię szkół wyższych. Rektorom nie przeszkadzał natomiast, aprobowany przez nich, fakt usuwania niewygodnych nauczycieli akademickich na podstawie ustawy z 1982 r. „Etyka Kalego” jest podstawową etyką polskiego środowiska akademickiego. Niestety, rektorzy, współtwórcy projektu nowej ustawy, nie podejmują tematu powołania instytucji mediatora akademickiego – niezwykle ważnej dla rozwiązywania konfliktów i przeciwdziałania mobbingowi w środowisku akademickim.

Mobbing w łasce

Pojęcie mobbingu wprowadzono do polskiego prawa pracy w styczniu 2004 r. Samo zjawisko występowało na uczelniach chyba od początku ich istnienia. Nie można tuszować problemu i udawać, że szkoły to nie dotyczy.

W praktyce prawo pracy nie zawsze obowiązuje na autonomicznych uczelniach. Pracownik nękany przez dobrze umocowanych w hierarchii akademickiej starszych kolegów ma jedynie iluzoryczne możliwości wygrania procesu sądowego Na ogół nie ma co liczyć na świadków, a i z dokumentami może być kłopot, bo często ich nie ma. Zresztą sprawa sądowa to stadium finalne, na ogół związane z odejściem z pracy nękanego pracownika. Wcześniejszy proces, gdyby miał miejsce, poddanemu mobbingowi nie pomoże, a na ogół zaszkodzi, nawet jeśli przypadkiem go wygra. Na swej uczelni nie miałby miejsca, a możliwości zdobycia pracy po rozgłosie procesowym i wymianie informacji między rektorami, w ramach braterskiej pomocy, są utrudnione.

Priorytetem jest wprowadzenie takich zmian systemowych, które ograniczałyby zjawisko mobbingu, pozwalając na rozwiązywanie problemów we wczesnych jego stadiach. Na ogół do mobbingu prowadzi złe rozwiązanie konfliktu.

Zachodnie uczelnie radzą sobie z tym dzięki instytucji rzecznika uniwersyteckiego (University Ombudsman), która w Polsce nie ma odpowiednika. Rektorzy przygotowali tzw. prezydencki projekt ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym, w którym brakuje instytucji mediatora akademickiego. Dopóki ustawa jest w fazie dyskusji sejmowych, dopóty jest jeszcze czas, aby ten mankament naprawić.

Zgodnie z deklaracjami wprowadzenie ustawy jest konieczne, aby dostosować polski system do standardów europejskich. Niestety, nie ma woli, aby miały one odzwierciedlenie w ustawie.

Problem mediatora akademickiego powinien wejść pod obrady komisji sejmowej, a ustawa nie powinna ujrzeć światła dziennego bez wprowadzenia takiej instytucji.

Stowarzyszenia bezradne

Rozwijające się stowarzyszenia antymobbingowe, do których napływają informacje o mobbingu na uczelniach, mają ograniczone możliwości pomocy poszkodowanym. Na ogół są jeszcze słabo zorganizowane. Czasem biorą udział w procesach, ale jest to wsparcie bardziej moralne niż realne. Prawnicy nie są przygotowani, od strony społeczno-psychologicznej, do zmierzenia się z tym rodzajem spraw.

Rektorzy, ustawowo zobowiązani do przeciwdziałania mobbingowi, jakby zjawiska nie znali. Są też przypadki, że to rektorzy skarżą się na pracowników, którzy sprawiają im kłopoty. Wydaje się naturalne, że skoro rektor jest poddawany mobbingowi przez podwładnego, to powinien dążyć do tego, by w nowym prawie zabezpieczyć się przed takimi przypadkami przez utworzenie instytucji mediatora. Rzecz w tym, że rzekomo szykanowani rektorzy takiego rozwiązania nie chcą.

Ze względu na wady ustawy zasadniczej część nauczycieli akademickich pozbawiona jest pomocy rzecznika praw obywatelskich. Zgodnie z prawem rzecznik może pracować na stanowisku profesora w szkole wyższej. Co wtedy, gdy ktoś jest pokrzywdzony przez rektora, a zarazem przełożonego rzecznika praw obywatelskich?

Oczywisty konflikt interesów należałoby rozwiązać przez jak najszybszą zmianę konstytucji. Rzecznik praw obywatelskich nie jest rzecznikiem wszystkich obywateli i musi wybierać między lojalnością wobec swojego przełożonego a lojalnością w stosunku do obowiązującej go ustawy (ustawa z 15 lipca 1987 r., tekst jedn. Dz. U. nr 14. poz. 147).

Gdzie umocować

Nie ulega wątpliwości, że instytucja mediatora musi być ukształtowana poza strukturami uczelnianymi. Rektorzy mają do pomocy komisje dyscyplinarne i liczne kodeksy etyczne.

Mediator musi być od rektora niezależny. W obecnej sytuacji prawnej ulokowanie mediatora akademickiego (i jego biur) np. przy urzędzie rzecznika praw obywatelskich nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Pozostaje chyba Państwowa Inspekcja Pracy.

Krokiem naprzód było powołanie rzecznika praw studenta, który zajmuje się również sprawami poddawania mobbingowi studentów przez nauczycieli akademickich. Nie ma takiego odpowiednika do ochrony praw nauczycieli akademickich. W feudalnej strukturze uczelni nauczyciel akademicki jest nadal bezbronny.

JÓZEF WIECZOREK, JOANNA SZPIEGA

Autor reprezentuje Niezależne Forum Akademickie, autorka – Kancelarię Prawną Ad Astrum w Krakowie

Tekst opublikowany: Rzeczpospolita 12.03.05 Nr 60 PRAWO CO DNIA