Wewnętrzna Polityka Antymobbingowa i Antydyskryminacyjna

Wewnętrzna Polityka Antymobbingowa i Antydyskryminacyjna, 9.12.2009 r., Warszawa

szkolenia.lexisnexis.pl

Szczegółowy program szkolenia:

  • Zagrożenia dla przedsiębiorstwa.
  • Definicja lobbingu
  • najbardziej znane psychologiczne definicje lobbingu,
  • prawna definicja mobbingu w Polsce,
  • porównanie definicji prawnej mobbingu z definicjami psychologicznymi,
  • mobbing w orzecznictwie Sądu Najwyższego,
  • zasady ustalania zaistnienia mobbingu w zakładzie pracy.
  • Mobbing a dyskryminacja i molestowanie seksualne.
  • Mobbing a ocena pracownika.
  • Mobbing a monitorowanie pracowników.
  • Ustawowy obowiązek przeciwdziałania lobbingowi.
  • Odpowiedzialność pracodawcy za mobbing w zakładzie
  • ryzyko osobowe pracodawcy,
  • zadośćuczynienie za krzywdę,
  • odszkodowanie z tytułu rozwiązania umowy o pracę z powodu lobbingu.
  • Mobbing a inne naruszenia prawa pracy.
  • Sytuacja prawna ofiar mobbingu zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych i kandydatów do pracy.
  • Wewnętrzna Polityka Antymobbingowa (WPA)
  • korzyści z wprowadzenia WPA,
  • jak wprowadzić w zakładzie WPA,
  • niezbędne elementy WPA.
  • Przykłady wdrożenia WPA w polskich przedsiębiorstwach.
  • Prawne aspekty dyskryminacji w zatrudnieniu.
  • Dyskryminacja w procesie rekrutacji.
  • Dyskryminacja w wynagradzaniu – zagrożenia dla pracodawcy.
  • Reklamy

    Mimo polityki antymobbingowej wzrost liczby mobbingowanych

    Instances of workplace bullying double

    Monday, 09, Nov 2009 12:10

    By Richard James.

    New statistics have revealed a record number of British workers have been bullied in the last six months. Figures from the union Unison show that more than a third of the 7,000 workers who took part in a survey have experienced bullying over the last half a year, double the number recorded in 1997. Among the top complaints were rudeness, criticism, excessive work monitoring, intimidation, exclusion and withholding information.

    Of those questioned, 80 per cent said the abuse had affected their physical and mental health and a third had decided to take time off, or even left their jobs as a result.

    Dave Prentis, Unison’s general secretary, said: „The fact that bullying has doubled in the past decade is shocking.

    „Workers have the right to earn a decent living in a safe environment. They need to be treated with respect and not forced to take time off work because bullying has made them ill.

    „Only last week figures showed that 13.7 million working days are lost every year as a result of stress and depression in the workplace.

    „It makes sound moral and financial sense to look after your workforce.”

    Mr Prentis said the union would continue with its calls for the government to revise the current dignity in the workplace bill to include an anti-bullying policy.

    Today’s research also coincides with Ban Bullying at Work Day as the union tries to encourage employers and employees to make a stand against bullies.

    Izolacja pracownika to nie zawsze mobbing

    Izolacja pracownika to nie zawsze mobbing

    e-Gospodarka.pl

    Podwładny, który czuje się wyobcowany wśród kolegów, nie padł ofiarą mobbingu, jeśli nagannym zachowaniem, sam się do tego przyczynił. Pracodawca w takim wypadku nie odpowiada za jego alienację.

    Mobbing na UAM?

    info mobbing

    Mobbing na UAM? Pozew trafił do sądu

    Radio Merkury 

    „Przeprosin i 10 tysięcy złotych, na rzecz Fundacji Anny Dymnej, domaga się od swojego szefa Jolanta Siekierska, prowadząca zajęcia w Studium Wychowania Fizycznego i Sportu na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu. Kobieta oskarża kierownika studium Piotra Szafarkiewicza o mobbing i naruszanie dóbr osobistych. Pozew trafił już do sądu.

    Piotr Szafarkiewicz nie zgadza się z tymi zarzutami. Uważa, iż Jolanta Siekierska nie może pogodzić się z faktem, że została szeregowym pracownikiem i straciła pewne przywileje. 
    Jolanta Siekierska do stycznia była zastępcą kierownika. Została odwołana, kiedy władze uniwersytetu zmieniły całe kierownictwo studium. Rzecznik uczelni Marzena Barańska mówi, że do zmian doszło, bowiem kontrola przeprowadzona w tej jednostce wypadła negatywnie. 
    Władze UAM-u zmieniły szefostwo studium, bo jak mówi rzecznik, straciły do nich zaufanie. A wszystko po kontroli. Kobieta, która oskarża obecnego kierownika twierdzi, że nikt nie chciał jej w tej sprawie pomóc. 

    Sprawą zajął się nasz reporter. Wiele osób, do których próbował dotrzeć, nie zgodziło się na rozmowę. Cześć tłumaczyła to faktem, iż nie chce narażać się władzom uczelni, inni mówili, że nie chcą głośno mówić o wewnętrznych sprawach uniwersytetu. Czasu na rozmowę nie znalazł też rektor UAM profesor Bronisław Marciniak.”

    Mobbing wybitnego profesora

      mobbing lektura

    Mobbing wybitnego profesora

    (na podstawie –  

    Estreicher Karol – Dziennik wypadków 

    tom V 1973-77 ) 

    r.1973

    Potem, po 15 VIII, był Kraków. Tu na Uniwersytecie stosunki są przykre, rządy profesora Mieczysława Karasia są złośliwe i głupie. Klimaszewski był gangsterem w rękawiczkach, Karaś bez rękawiczek. Klimaszewski niszczył jak mógł jagiellońską tradycję Uniwersytetu, Karaś robi to samo. Jeden na słodko — niczym fryzjer, dru­gi jak ciemny cham. Rządzą w tej chwili na Uniwersytecie partyjne figury, aparatczyki, tajniaki z Bezpieczeństwa poubierani w togi profesorskie. Przyzwoici profesorowie są na uboczu.

    Moje osobiste położenie jest bardzo ciężkie. Za dwa lata emerytura — nie będę mógł nadal rządzić Muzeum. Nie o to idzie! Kto będzie po mnie? Co będzie z Mu­zeum?

    W Instytucie Historii Sztuki rządy profesora Mieczysława Porębskiego — bardzo trudne, nieprzyjemne, niekoleżeńskie. Intrygi, plotki, jakieś kwasy, zawiści. Sufluje to Porębskiemu profesor Lech Kalinowski. Jestem odsunięty od wszystkiego. Porębski nie zwołuje zebrań Instytutu, do czego jest zobowiązany. Niełatwy jest los profesora przed emeryturą.

    r.1974

    Funkcję Muzeum UJ, jego zadania i powodzenie przewidziałem, a nawet chciałem, chciałem aby Uniwersytet Jagielloński miał reprezentacyjne wnętrza, które służyłyby Rektorowi, Senatowi i profesorom. Nie przewidziałem — gdy Collegium Maius weszło już w codzienny użytek — nie przewidziałem jednak jednego. Nie przewidziałem, że bę­dę miał do czynienia nie z szlachetnymi, pozytywnymi charakterami moich kolegów, ale z ich złą, ujemną, niemądra stroną.

    Nie przewidziałem, że system wałki klasowej wprowadzony przez socjalizm jest w sta­nie w takim stopniu wyzwolić próżność, zawiść i złośliwości profesorów i rektorów. Wszy­scy rektorzy od czasów Marchlewskiego (1956) — Grodziński, Grzybowski, Lepszy, KJimaszewski, Karaś — wszyscy potrzebowali i używali Collegium Maius i wszystkich po­nosiła zawiść, że ja jestem tam zarządcą. Wszystkim zdawało się, że oni też potrafią od­nowić, urządzić, przyjmować i reprezentować. Wszyscy rektorzy bali się, że chcę poprzez

    Collegium Maius i Muzeum UJ zrobić karierę. Wszyscy rektorzy rzucali mi kamienie pod nogi, obrażali mnie lub prowokowali. Grodziński był niezbyt mądry, byt człowiekiem niewielkiej kultury. Lepszy zazdrościł, bo wspinał się do góry, Stefan Grzybowski był chciwy nie tylko zaszczytów, ale i dochodów. Klimaszewski postanowił przypodobać się komunizmowi umniejszając Uniwersytet, Karaś zaś łaknie zaszczytów i ma brutalny spo­sób zachowania się.

    Ten kto kiedyś będzie czytał te zapiski zapyta: czy tak było naprawdę, czy to nie jakaś gorycz, jakaś zawiedziona ambicja, czy nie jakaś nerwica lub skleroza przemawia z tej krytyki rektorów?

    Nic podobnego! Wiem i znam życie, wiem, że każdy z nas ma wady, słabości, upadki. Nie o to idzie!

    Mianowanie rektorów przez Ministerstwo i Partię i przez „doradców radzieckich” (w Krakowie konsul ZSRR) sprawia, że rektorzy Uniwersytetu tracą głowę i charakter natychmiast po objęciu urzędu magnificencji. Dochody, ułatwienia życiowe –to wszystko na tle biedy codziennego życia bardzo szybko, prawie natychmiast po miano­waniu (2-3 miesiące) przewraca rektorom w głowach. Budzi się u nich tym większa żą­dza zaszczytów im silniej czują się zależni od biurokracji socjalistycznej i rosyjskich doradców. Chcą się wyżyć w powodzeniu i w chwale uważając je za trwały sukces.

    Są dobierani pod tym kątem przez rządzących, tj. przez KW i KC Partii. Przesiewani są przez doradców z ambasady. Mianując Klimaszewski ego (po śmierci Lepszego w 1964 roku) Gomułka starannie wziął pod uwagę nie jego nacjonalistyczną przeszłość, nie jego zalety i umiejętności reprezentacyjne, ale jego uległy, służebny charakter, Wziął pod uwagę fakt, że Klimaszewski będzie deklamował o Uniwersytecie Jagielloń­skim, a w istocie będzie go zwolna, z lekka zmieniał w uczelnię na poziomie szkół tech­nicznych, zawodowych i prowincjonalnych. To samo i tak samo Karaś.

    Collegium Maius jest rektorom UJ potrzebne do osobistych sukcesów i reprezentacji. Czuję się winnym, że wprowadziłem do Collegium zwyczaj i uroczystości, ale gdybym tego nie zrobił w latach 60-tych — nie dałbym sobie rady.

    Na tle użytkowania Muzeum ustawicznie dochodzi do ataków przeciw mnie. Moim kolegom zdaje się, że każdy z nich potrafiłby urządzić i prowadzić Muzeum. Ustały ata­ki i dokuczania z lat pięćdziesiątych (że zadaniem UJ nie jest tworzenie Muzeum — Grodziński, Kleniensiewicz). Nieszlachetne, a bardzo szkodliwe ataki z lat sześćdziesią­tych (że wszystko w Muzeum jest falsyfikatem — Bochnak, Szablowski, Kalinowski), a rozpoczęły się ataki ze strony Karasia, że rządzę autorytatywnie (to prawda), że nie umiem współżyć z kolegami, że uważam Muzeum za mój folwark („wytępimy Estreicherów z Uniwersytetu Jagiellońskiego”)….

    Moje kłopoty z Collegium Maius i rektorami UJ

    Otoczenie — moi współpracownicy, przyjaciele — nieraz dziwią się, dlaczego tak zażarcie, niemal zazdrośnie walczę o Collegium Maius. Niemal każdą inicjatywę prze­cinam, ustawiani, wykłócam się, z reguły robię trudności, gdy ktoś przychodzi z mia­sta czy z Warszawy, aby w ten czy inny sposób użytkować sale Collegium lub sale muzealne. …

    Profesorowie, a zwłaszcza rektorzy (bez większej kultury plastycznej, tacy jak ostatnio Klimaszewski i Karaś) mają zachcianki urzą­dzania gabinetów, sal konferencyjnych dziełami sztuki. Wyciągają, żądają, a jeżeli im odmówić, to nadąsani mszczą się. Kiedy w 1960 roku odmówiłem Stefanowi Grzybowskiemu kupna jakiś bezwartościowych skrzypiec, które jego żona chciała sprze­dać — mścił się na mnie przez dwa lata. Rektorzy mianowańcy (z Warszawy, przez partię) mają tendencję by mścić się, jeśli się sprzeciwić ich zachciankom na polu za­bytków i urządzania wnętrz. Nadto każdy z nich uważa (im gorzej z wykształceniem, tym bardziej), że jest znawcą sztuki, że zna się na urządzaniu wnętrz, etc… Dygnita­rzy rektorskich, takich jak Mieczysław Klimaszewski często buntują paniusie rekto-rowe. Zazdrosne o urządzanie wnętrz krytykują przed mężami, podsuwają im ambitne pomysły, a oni, przy pomocy podległych urzędników administracyjnych pró­bują rządzić. Próbują tak i w Collegium Maius, które —jak uważają —jest dla nich przeznaczone, im przypisane, jak toga rektorska jest przypisana do ich reprezenta­cyjnego użytku. Takie poglądy roztaczały przed mężami panie rektorowe: Lepszyna (zm. 1972), Klimaszewska, a teraz pani Karasiowa. Oczywiście domyślam się tego, dochodzą mnie pewne plotki, spostrzegam pewne szczegóły — i to mi wystarcza. Do­dać do tego trzeba zazdrosnych kolegów jak Szablowskiego, Bochnaka (dawniej), Porębskiego (obecnie). Jeżeli dodać służalczych urzędników i dyrektorów admini­stracyjnych, to jest to komplet osobistości chcących rządzić Collegium Maius i Mu­zeum UJ, podszeptujących rektorom, że to oni powinni rządzić Muzeum UJ, bo jest ono dla nich przeznaczone.

    Sami rektorzy bardzo prędko tracą głowę. Klimaszewski — kiedyś uprzejmy i grzeczny, jak tylko został członkiem Rady Państwa i wiceprzewodniczącym, nabrał manier królewskich. Przez osiem lat kazał się na Uniwersytecie czcić wszystkim ko­legom, a najchętniej, aby to oddawanie hołdów i deklamacji odbywało się na tle Collegium Maius.

    Od dwóch lat jest Karaś. Z małego działacza partyjnego, bardzo ludowego milicjan­ta w latach 1944 i 1945 — polonisty, językoznawcy bez prac naukowych, został miano­wany rektorem UJ i partyjnym dygnitarzem. Wylazły z niego najgorsze cechy partyzanckich obyczajów z przed lat. Jako rektor, podobnie jak Klimaszewski, Colle­gium Maius uważa za odskocznię dla dalszej polityczno-partyjnej kariery.

    Do tych ambitnych celów ma służyć Collegium Maius. Karaś wydaje rozkazy podle­głym sobie urzędnikom, a ci z kolei rozkazują mnie myśląc, że się ugnę!…

    r.1975

    Grudzień

    l grudnia poniedziałek

    Dziś w południe spadł na mnie potworny cios. Pismo rektora Karasia z zawiadomie­niem, że dnia 11 mianuje prof. M. Porębskiego, dyrektora Instytutu Historii Sztuki, kie­rownikiem — przewodniczącym komisji inwentaryzacyjnej Muzeum UJ. Bez porozumienia się ze mną! Bez uprzedzenia mnie! Przecież to ja to Muzeum stworzy­łem! I nagle jestem zaskoczony w sposób wprost prowokacyjny!

    Liczyłem się z tego rodzaju możliwościami, ale —jak to bywa — nie przypuszczałem, że tak nagle, tak zaskakująco zostanie to dokonane.

    Muszę (pierwsza moja reakcja!) ratować wszystkie moje rzeczy, które w Muzeum przechowywałem. Moje osobiste depozyty.

    Wywiozłem już bezcenną bibliotekę Estreicherowską oraz archiwum. Teraz czas na przedmioty.

    Jestem podniecony. Nie wiem co robić! Przede wszystkim muszę liczyć się z przegra­ną i będąc wyrzucanym z Muzeum, które przecież stworzyłem, ratować rzeczy Estreicherowskie. 

    Jego Magnificencja Rektor” Karaś

    Na jesieni 1975 roku rozpoczęła się żmudna wojna podjazdowa skierowana przeciw­ko mnie. Oparcie i zachętę daje „rektor” Mieczysław Karaś.

    Czeka mnie bardzo trudny rok. Muszą wyjaśnić się pewne sprawy, a zwłaszcza na­stępstwo po mnie. Instytut Historii Sztuki, a w nim Porębski i Kalinowski chcą opano­wać Muzeum. Znają jego nieprzebrane skarby, a zawiść o nie zalewa im jakiekolwiek obiektywne spojrzenie. Owa nienawiść, to wszystko posiew działań Adama Bochnaka, który udając przyjaciela tępił mnie przez cale życie poprzez rozsiewanie uwłaczających plotek lub (jakże byłem naiwny) stwarzając szkodzące mi sytuacje. Obecnie moi kole­dzy z Instytutu Historii Sztuki rozszerzają, te same i nowe, plotki i nieprawdziwe wia­domości. Kłamią i oczerniają jak tylko mogą. Kalinowski ucharakteryzowany na arcykapłana nauki, Porębski na wieszcza, ich asystenci (niejaka Klementyna Żurowska, Ostrowski, Małkiewicz, Gadomski, Krakowski, bibliotekarka Żychiewiczowa, wreszcie fotograf-pijaczyna Władysław Gomuła) śledzą co się dzieje w Muzeum i donoszą swym pryncypałom. Z boku — niby do niczego się nie mieszając — trzyma się Jerzy Szablowski, prof. hist. sztuki i członek Akademii Nauk bez prac naukowych, a w rzeczywistości urzędnik małego formatu, kustosz zbiorów na Wawelu.

    Wszystkim tym osobom Muzeum UJ przeszkadza. Stworzyłem je z niczego, a fakt je­go powstania wyrwał im monopol z rąk i pokazał, że wszystko można zorganizować w sposób realny i szybki, a nie celebrując i udając, że coś się robi. Teraz znaleźli opar­cie w Mieczysławie Karasiu.

    9 grudnia wtorek

    Seminarium.

    Telefon z teatru Bagatela.

    Po południu mam wykład. Po wykładzie dostałem arogancki telefon od sekretarki Podstawowej Organizacji Partyjnej UJ, że w Collegium Maius pali się i dymi. Przypad­kowo byłem w Collegium. Wszędzie cisza i spokój. Śladu dymu. Na ulicy św. Anny stoją dwie strażackie motopompy (daleko od Collegium), ponieważ w kamienicy pod nr 3 czy 5 dymiły się sadze w kominie. Na tej to podstawie dostaję aroganckie telefony, że dzieje się to w Collegium Maius i to ja jestem za to odpowiedzialny! Stwierdziłem, że wszystko jest w porządku i odtelefonowałem do I sekretarza POP-u UJ — Pawlicy, że ktoś sobie z niego żartuje. Ale to nie były żarty!

    10 grudnia środa

    Wczorajszy awanturniczy telefon od Pawlicy (dygnitarza! I sekretarza Podstawowej Komórki Partyjnej) był prowokacją. Szło o to, aby na posiedzeniu tej jadowitej komór­ki władzy, móc powiedzieć coś złego o mnie — dyrektorze Muzeum UJ. Mniejsza o to czy to prawda, czy nie — rzekomy pożar… wymyślono...

    Gdybym nie miał szczęścia i nie było mnie przypadkiem w Muzeum, nazywałoby się, że jest ono niestrzeżone, że należy z tym zrobić porządek… etc. Idzie o to, aby na rok przed moją emeryturą stworzyć atmosferę mojej winy... Choćby przy pomocy drobnych kalumnii... Za wszystkim stoi rektor Mieczysław Karaś, a dopomagają mu różni służal­czy koledzy. Główne intrygi snuje Kalinowski.

    7 września 1976

    Kilka razy w życiu traciłem warsztat pracy. Najgorsze uderzenie przeżyłem w 1939 ro­ku, gdy papiery i książki przyszło mi porzucić i ruszyć za granicę.

    Nigdy już nie zdołałem uporządkować papierów. Listów, książek. Znaczną ich część odzyskałem po wojnie, w 1946 roku.

    W 1945 roku straciłem całe Biuro Rewindykacyjne w Londynie. U Ewy, mej siostry, leżą na strychu moje papiery, listy, dokumenty, zebrane w latach wojny 1939-45. Potem w 1947 przyszła wyprowadzka z Sobieskiego. Książki po ojcu umieściłem w Bibliotece Jagiellońskiej. W 1962 roku dyrektor Baumgart kazał mi się usunąć z Biblioteki wraz z całym Archiwum Estreicherów. W gmachu Biblioteki nie był w stanie dać mi żadne­go kąta, bym mógł pracować nad Bibliografią. Z Akademii Nauk usunięto warsztat Bi­bliografii Polskiej. Miałem tam swoją pracownię.

    Teraz odchodzę z Collegium Maius i znowu tracę oparcie dla pracy naukowej i mej działalności, które tam posiadałem.

    Emerytura i (praktycznie mówiąc) „usunięcie mnie” z dyrektury Muzeum UJ pomi­jając wszelkie moralne aspekty, uderzyło we mnie, bo zburzono mi warsztat naukowy….

    Gdyby Uni­wersytet był dla mnie życzliwszy, gdyby koledzy moi, rektorzy, Senat odnosili się do mnie z większym uznaniem, nie przeszkadzali mi działać, nie obrzucali mnie inwekty­wami, byłbym to wszystko, po uporządkowaniu, oddał Muzeum UJ i Bibliotece Jagiel­lońskiej. Takie były moje zamysły w 1946 roku. Teraz stoję przed koniecznością dalszego zabezpieczenia owych rzeczy. Nie wiem jeszcze dokładnie, co zrobię, ale zrobię wszyst­ko by spuścizny Estreicherów nie zmarnować.

    15 września środa

    Traktowanie odchodzącego na emeryturę profesora jest po prostu straszne. Nie ma przykrości ze strony kolegów, której by nie stosowano.

    Cały rok, aż do wakacji urządzono • dzięki nagonce kwestora Bunscha — inwentary­zację, która w gruncie rzeczy nie była niczym innym jak prześladowaniem mnie. Koledzy profesorowie: Porębski, Kalinowski, docent Klementyna Żurowska (niemądra, na pozio­mie „bony do dzieci” lub damy klasowej), asystenci Gadomski, Małkiewicz, Ostrowski — robili dociekliwą inspekcje, co Muzeum posiada i jak to wszystko jest zapisane. Oczywi­ście tą nerwówkę urządzono, aby obrzydzić mnie życie. Prowokowano zajścia.

    Dziś dotarłem do rektora Karasia. Nie chce nic powiedzieć, ani naradzić się ze mną co ma być z Muzeum i co z Bibliografią Polską — mojego autorstwa.

    Zachowuję spokój, udaję że się nie denerwuję — ale w rzeczywistości przechodzę bardzo ciężkie nerwy.

    Karaś czeka na moją emeryturę z UJ na pierwszego października i dopiero wtedy za­cznie wydawać decyzje.

    We wrześniu 1976 roku zawezwał mnie dziekan Kulczykowski, najbliższy współpracow­nik M. Karasia. Tzw. Mały Senat UJ uchwalił tę odprawę. Równocześnie na wniosek Mie­czysława Karasia podjęto uchwałę całkowitego usunięcia mnie z UJ. W myśl zasady: „Wytępimy Estreicherów na Uniwersytecie Jagiellońskim”. Podjął się wykonania tej uchwały niejaki Sylwester Wójcik (prorektor UJ), osobistość na poziomie posterunkowe­go w mieście powiatowym. Rozpoczęła się seria nagonek, prześladowań, szykan i preten­sji. Wójcik wraz z Kulczykowskim buntowali przeciw mnie współpracowników (zwłaszcza M. Zakrzewską). Ostrowski ostrzegł mnie, że jestem wysoce podejrzany o kradzież srebra.

    . Zakrzewska donosiła prof. Mieczysławowi Porębskiemu o nieporządkach w Muzeum. Karaś wrzeszczał na mnie żądając abym wysłał (jako wypożyczenie) obrazy z Muzeum UJ do polskiego konsulatu w Chicago. Szykanom nie było końca. Wójcik odebrał mi klucze, zezwolił na przychodzenie do Muzeum, ale po każdorazowym meldowa­niu się u niego. Nie przyznano mi żadnej nagrody. Zapowiedziano, że dyrektorem będzie prof. Kalinowski, który zapowiedział daleko idące zmiany w urządzeniu wnętrza.

    Nie było upokorzenia, szykany, oskarżenia, którego bym nie przeżył. Broniłem się i wreszcie trafiłem na prof. Werblana, a ten jako wysoko partyjny zwrócił się do Partii w Krakowie i wreszcie zwrócono uwagę, że Estreicher jest przez Karasia prześladowa­ny. Karaś się przeląkł, zwłaszcza że przytoczono mu jego własne powiedzenie o wytg: pieniu Estreicherów w Uniwersytecie Jagiellońskim.,,,

    W tej atmosferze bardzo przeszkadzałem. Za wiele widziałem i wiedziałem, tak że trzeba mnie było z placówki Muzeum UJ usunąć. Obrazić, oskarżyć, sprowokować do jakiegoś zajścia… Oto tło sprawy.

    Na złe — tylko na złe

    Po co mi było, w 1945 roku, wracać do Polski, do Krakowa? Tyle kłopotów i przykro­ści, które w PRL, w ciągu trzydziestu lat przeżyłem, a które spisywałem tu zaledwo w połowie, nie zawsze mając ochotę umieszczać w Dzienniku te niekończące się swary, awantury, ataki i obrony. Po co stworzyłem Muzeum UJ, a stworzyłem je przecie z ni­czego!? Aby być nieuznanym, obrzucanym rozmaitego rodzaju inwektywami i kłamstwami. Aby utopić mój czas i majątek w Uniwersytecie, gdzie nie spotkało mnie nic do­brego. Gdzie Wydział i moi koledzy skrzywdzili mnie przed laty, głosując przeciwko mej profesurze zwyczajnej? Za co? Po co?

    Trzymajmy głowę wysoko mimo klęsk i nieuznania. Jedyne co mi zostało to godność osobista. Tej nie mogę pozwolić naruszyć różnym Bochnakom, Drobnerom, Kalinowskim, Karasiom, Lepszym, Szablowskim (wielu z nich jest już R.I.P.) To najważniejsze. Ale to wszystko ciężko, bardzo ciężko przychodzi.

    20 września poniedziałek

    Nie jestem w stanie pisać Dziennika. Mam wstręt do tego co dzieje się wokół mnie. Całymi dniami zamykam się w domu i tłumaczę Żywoty Yasarego.

    Ofensywa inwektyw ze strony Instytutu Historii Sztuki wciąż trwa. Porębski instru­owany przez Kalinowskiego chodzi do rektora Karasia i (choć mnie nie zna) wypowia­da o mojej działalności rozmaite ujemne sądy. Przenikają do mnie rozmaite wiadomości — a ile nie przenika?! Głównym informatorem jest Kalinowski, a Szablowski ze swą sztuczną powagą potwierdza wszystko co mówią o mnie złego.

    Przypomina mi się, z przed lat, jakaś „czarna środa” w Instytucie Historii Sztuki — posiedzenie wielogodzinne pod prezydencją Lepszego, gdzie moi koledzy: Bochnak, Kalinowski, Szablowski, Dobrowolski przez pięć godzin „radzili” co robić z Muzeum UJ. Rzucano inwektywy. Sprawiało to wyraźną przyjemność Tadeuszowi Dobrowolskiemu i Bochnakowi. Postanowiono, że muszę odejść z Muzeum.

    r.1977

    28 czerwca wtorek

    O Mieczysławie Karasiu, mianowanym rektorze Uniwersytetu Jagiellońskiego.

    Mieczysław Karaś konsekwentnie przeprowadza program tępienia mej osoby w Uni­wersytecie Jagiellońskim.

    Jest to osobnik chory, nieopanowany, niebywale brutalny. Nie zna granic dla upustu swej złości — a w złość wpada zawsze i wszędzie, wystarczy, że w tym dniu gorzej widzi, lub spotyka go jakaś przykrość. Nienawidzi. Pomiata wszystkimi, którzy są od niego za­leżni. Wyraża się to terrorem i besztaniem, groźbami i złośliwością. Wyrażane jest to głośno, przy wszystkich, nawet przy uczniach, nie mówiąc już o asystentach czy perso­nelu administracyjnym Uniwersytetu.

    Karol Estreicher jr.  w Wikipedii

    (4 marca 190629 kwietnia 1984) – jeden z najwybitniejszych polskich historyków sztuki XX wieku.

     

    Mediatorzy – fachowcy od rozstrzygania sporów

    mobbing lektura

    Mediatorzy – fachowcy od rozstrzygania sporów

    Rzeczpospolita, Grażyna Raszkowska 10-11-2009

    Spory mogą obyć się bez sądowych procesów. Skuteczniejszym i tańszym sposobem są mediacje, pod warunkiem że prowadzą je profesjonalni negocjatorzy. Specjalistyczna wiedza, oczywiście bardzo się przydaje, ale nie jest bezwzględnym warunkiem uprawiania zawodu mediatora.

    Mediacje nie wyrokują, kto jest winny i musi ponieść karę. Ich celem jest doprowadzenie do porozumienia skłóconych stron, tak, by nikt nie czuł się przegrany. – Jeśli sami zainteresowani ustalają warunki ugody, to jest większa szansa, że będą ich przestrzegać, niż gdy rozwiązanie narzucone jest z zewnątrz – mówi Jerzy Książek, prezes Polskiego Centrum Mediacji.

    W Polsce sporo uczelni prowadzi studia podyplomowe, szkolenia, kursy z zakresu mediacji i negocjacji, które przyciągają wielu chętnych.

    Mediacje mogą być prowadzone w sprawach cywilnych, gospodarczych, karnych, rodzinnych.

    Portret rektora-mobbera

    mobbing lektura

    Portret rektora-mobbera

    (na podstawie – Estreicher Karol – Dziennik wypadków tom V 1973-77)

    Obywatel Rektor Mieczysław Karaś –

    rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego (1972-1977)

    Mieczysław Karaś rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie zaraz po wojnie. Pochodzi ze wsi z pod Niwisk. Ojciec jego był tam kowalem. Prawdy o wiejskiej młodo­ści Karasia niepodobna się dowiedzieć — tak starannie ją ukrywa i zaciera.

    Mówią, że w 1944 czy 1945 roku ojciec Karasia, za jakieś zdrady czy zbrodnie wobec AK-owców został stracony z podziemnego wyroku. Mówią, że Mieczysław Karaś został przy tym pobity i że stracił oko (istotnie nie ma jednego oka, a na drugie widzi bardzo źle).

    Karaś na polonistyce poświęcił się studiom językoznawczym pod kierunkiem Nitscha i Taszyckiego. Już w trakcie studiów zapisał się do Partii, a w 1957 roku, popierany przez Taszyckiego, zaczął karierę jako sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej.

    Inteligentny, bystry, ambitny. Mówi po niemiecku. Bardzo szybko się orientuje. Chciwie słucha plotek o drugich — nawet je prowokuje. Zawsze wygaduje (w 4 oczy) na nieobec­nych. Wypytuje się i daje posłuch ujemnym wiadomościom. Umie budzić zaufanie i nacią­ga kolegów na zwierzenia. Udaje życzliwego.

    Od czasu do czasu pokazuje swą prawdziwą twarz. Widać ją zwłaszcza, gdy rozmawia z wyższymi od siebie członkami Partii, dygnita­rzami łub moskiewskimi wysłannikami. Twarz zmienia mu się wówczas z nerwowej i nie­uprzejmej na pogodną, dobroduszną i ustępliwą. Nie umie ukryć swego płaszczenia się.

    Gdy tylko dygnitarz wyjdzie wraca dawny grymas. Jeszcze dawniej, gdy nie rozsiadł się tak w rektorskiej todze — panował nad zdenerwowaniem i niecierpliwością. Teraz, gdy honory rektorskie już mu zupełnie przewróciły w głowie — w stosunku do osób od niego zależnych staje się dosłownie niegrzeczny. Nigdy żaden hrabia Potocki, żaden dęty szlachetka nigdy nie traktował tak służby jak Karaś swych kolegów czy podwładnych. Jest władczy opryskliwy, niecierpliwy. Beszta, wyrzuca z pokoju, mówi rzeczy przykre nie tając kto doniósł mu to czy owo, grozi, żąda i nie dotrzymuje. Mianowanie rekto­rem przez ministra Kaliskiego (takiego samego wojskowego autokratę) przewróciło Karasiowi w głowie. Wszedł także do KC Partii, wprawdzie na drugorzędne stanowisko, ale i to przewróciło mu w głowie. Do reszty w głowie przewróciła mu posiadana władza.

    A nie jest ona wcale taka mała. To władza nad około dwudziestoma tysiącami osób profesorów, urzędników i studentów. Ogromne fundusze, majątki, zakłady, rozbież­ne sprawy. Władza rektora jest nieograniczona. On mianuje, on decyduje; jemu narazić się oznacza znaleźć się natychmiast w sytuacji bez wyjścia. Rektor posługuje się sforą urzędników — niewychowanych, prymitywnych, niewykształconych, których osadził na Uniwersytecie….

    Cała ta, jak powiadam, sfora nieciekawych osobistości stoi gotowa, korna i posłuszna do spuszczania ze smyczy, by działać na rozkaz Magnificencji.

    Od niego zależą awanse, nagrody, pozwolenia, opinie, paszporty. Sfora urzędników i sekretarzy donosi codziennie Jego Magnificencji Obywatelowi Rektorowi ostatnie plotki. Zależnie od nich rektor wydaje decyzje. Chce o wszystkim wiedzieć, aby karać lub nagradzać.

    Obok urzędników spodlonych i ogłupiałych, z grona profesorów rektor dobiera sobie posłuszne swej woli narzędzia…”

    22 stycznia wtorek

    Rano seminarium. Po południu wykład o muzeach amerykańskich.

    Byłem u prorektora Buszki. Był prorektor Strzałkowski i przypominam im sprawę Pustowskich i nacisków abym oddał lokal. Wszyscy boją się rektora Karasia. Bezwzględ­ny, brutalny dla słabych, ordynarny w odezwaniach, żądny władzy, płaszczący się przed dygnitarzami partyjnymi... Nienawidzący dawnej inteligencji (niczym Gomułka), uwa­ża nas wszystkich za reakcjonistów, których trzeba wytępić („wytępić dynastię Estreicherów” z Uniwersytetu Jagiellońskiego”).

    Jego Magnificencja Rektor” Karaś

    r.1977 28 czerwca wtorek

    Q Mieczysławie Karasiu mianowanym rektorze Uniwersytetu Jagiellońskiego.

    Mieczysław Karaś konsekwentnie przeprowadza program tępienia mej osoby w Uni­wersytecie Jagiellońskim.

    Jest to osobnik chory, nieopanowany, niebywale brutalny. Nie zna granic dla upustu swej złości — a w złość wpada zawsze i wszędzie, wystarczy, że w tym dniu gorzej widzi, lub spotyka go jakaś przykrość. Nienawidzi. Pomiata wszystkimi, którzy są od niego za­leżni. Wyraża się to terrorem i besztaniem, groźbami i złośliwością. Wyrażane jest to głośno, przy wszystkich, nawet przy uczniach, nie mówiąc już o asystentach czy perso­nelu administracyjnym Uniwersytetu.

    Jest dobrze ułożony, uprzejmy wobec stojących wyżej od niego. Wówczas potrafi roztaczać czar swej dość ograniczonej inteligencji.

    Rządzi Uniwersytetem od prawie 20 lat. W roku 1957 został sekretarzem organizacji partyjnej, potem prorektorem, rektorem (ob. 29 VI i 10 VIII jego zgon).

    Te wszystkie wady Karasia nie są wynikiem przypadkowym. Są dyktowane, żądane przez Ministrów Szkolnictwa Wyższego (aktualnie min. Kaliski), przez Partię i przez rządzące nami siły, głęboko ukryte, ale czujne i wpływające.

    Karaś w ciągu tych dwudziestu lat, jeżeli nie zniszczył dawną strukturę Uniwersytetu Jagiellońskiego to ją bardzo, bardzo nadwyrężył. Poczytuje się mu to za zasługę.

    Przede wszystkim rozłożył nauki humanistyczne. Zupełnie rozłożył naukę histo­rii, obniżył (przy pomocy innych) filologię polską — przede wszystkim historię lite­ratury (Henryk Markiewicz wykłada mało przydatną i iluzoryczną teorię badań literackich), obniżył (przy pomocy Kalinowskiego i Porebskiego) Instytut Historii Sztuki. Wprowadził nadmiar kursów, sympozjonów, zjazdów naukowych, z których nic nie wynika. Studia antyreligii, wykłady „świeckie”, etc. Prawo zmienione zosta­ło w szkołę milicyjną. To tylko drobna część prawdy o działalności Karasia na Uni­wersytecie.

    30 czerwca czwartek

    Wszędzie i wszystko na Uniwersytecie jest opóźnione, utrudniane, zaprzeczane. Do rektoratu nie przychodzą profesorowie, bo są źle, niegrzecznie traktowani. Jak wszyscy ludzie kalecy — a jest Karaś prawie ślepy (są dni kiedy bardzo źle widzi — jego wście­kłość jest wówczas tym większa) — posiada dobrą pamięć. Gdy do Karasia przyjdzie ja­kiś kolega żądając lub prosząc o coś, może być pewien, że usłyszy jakieś nieprzyjemne fakty ze swojego życia prywatnego czy publicznego. W ten sposób zastrasza i onieśmie­la. Kończy się tym, że rozmaici profesorowie czy docenci, asystenci, członkowie Senatu unikają wszelkich stosunków z Karasiem.

    Lipiec

    l lipca piątek

    Niesmaczny w najwyższym stopniu telefon od Serczyka, dyrektor Biblioteki Jagiel­lońskiej. W przyszłym tygodniu ma przyjechać do Krakowa jakiś dziennikarz amerykań­ski, aby dowiadywać się o sprawę rękopisów muzycznych Staats-Bibliothek z Berlina.

    Karaś zarządza (!?) abym stawił się w gabinecie dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej i odbył wywiad. Mam mówić razem z Serczykiem. Obu nam nie wolno mówić po angiel­sku, a tylko przez tłumacza.

    Odpowiedziałem Serczykowi, że jeżeli Ministerstwo pragnie abym udzielił wywiadu, to może porozumieć się bezpośrednio ze mną. Nie ma w Polsce ani ustawy, ani rozpo­rządzenia zabraniającego mówienia w obcym języku. Oblałem Serczyka zimną wodą.

    Serczyk — „Pan wie jaki jest Karaś.”

    Estreicher — „Dość tego kopania nas. Jestem człowiekiem wolnym, a nie niewolni­kiem.

    Etc… Serczyk po zastanowieniu się przyznał mi rację — ale wątpię aby uczynił to szczerze.

    23 sierpnia sobota

    Mianowanie Karasia rektorem UJ przeszło cicho, nawet bez wzmianek w prasie. Pan Minister-Generał mianował go podobno na żądanie komórki partyjnej w UJ, a wbrew opinii urzędników ministerialnych.

    Opinie Karaś ma jak najgorsze. Jest słabym uczonym, człowiekiem pozbawionym kultury, nieskończenie ambitnym, dokuczliwym, a przy tym nieskończenie oddanym najciemniejszym siłom.

    Miewa czasem jakieś rozumne posunięcia, ale niemal zawsze toną one w brutalności postępowania. Czasami zachowuje się jak pastuch na pastwisku, strzela z bata, wrzesz­czy, grozi, popędza. Niecierpliwy, gardzący słabszymi i zależnymi od siebie, układny, uprzejmy i życzliwy wobec możnych.

    Z dziennika wypadków w życiu akademickim w PRL